Numer 9(267)    wrzesień 2007Numer 9(267)    wrzesień 2007
fot.Anna Radziukiewicz
Pusto zrobiło się w Zyndranowej
Ałła Matreńczyk
Teodor Gocz z Zyndranowej na Łemkowszczyźnie wiele zrobił dla odrodzenia życia kulturalnego i społecznego rodaków, ratowania i umacniania ich poczucia tożsamości. W numerze lipcowym opisaliśmy, w oparciu o jego książkę, jak Akcja Wisła odcisnęła się na losach młodego Łemka. Przedstawiamy teraz dalszą część wspomnień.
   
   Akcja Wisła i pobyt w więzieniu kładł się cieniem na całym późniejszym życiu Teodora Gocza. W 1952 roku chłopak otrzymał powołanie do wojska. „Bataliony górnicze?” – zdziwił się trochę na wieść o swoim skierowaniu, ale szybko zrozumiał dlaczego. Razem z nim w Wałbrzychu służyli synowie żołnierzy armii Andersa, przedwojennych oficerów, żołnierzy Wehrmachtu. On, dwudziestokilkuletni Łemko-Rusin, z odbytym wyrokiem więziennym, którego ojciec przebywał w Kanadzie, dopełniał plejady wrogów socjalizmu.
   Od najcięższych robót pod ziemią wybawiło go krawiectwo.
   – Uszyłbyś mi ubranie? – zapytał go raz górniczy sztygar.
   Odtąd już w drodze do kopalni Teodor odłączał od kolegów i w wyznaczonym miejscu zajmował się szyciem. Wracał do żołnierzy, gdy szli z powrotem do koszar.
   Nadeszły święta wielkanocne 1953 roku, wspólne dla katolików i prawosławnych. Do Zyndranowej z Wałbrzycha był szmat drogi, ale Łemkowie teraz mieszkali też w okolicach Lubina i Legnicy. Chłopak wybrał Lubin. I choć, gdy ministrem Obrony Narodowej był marszałek Rokosowski, żołnierzom nie wolno było chodzić do kościoła, złamał ten zakaz. Zapłakał, gdy w cerkwi usłyszał Chrystos Woskresie, wzruszył go widok znajomych, których nie widział od Akcji Wisła. Na szczęście po służbie w wojsku nie musiał dzielić ich losu. Mógł wrócić do domu.
   Tam przywitał go pradziadek Teodor Kukieła. Był już bardzo słaby. Młode ręce przydały się do pracy w gospodarstwie, o inne zajęcie w wyludnionej wsi, choć istniała już spółdzielnia produkcyjna, było bardzo trudno. W końcu Teodor zaczął pracować jako sprzedawca w sklepie.
   – Załóżmy może jakiś zespół artystyczny – zaproponowała któregoś dnia jedna z zyndranowskich kobiet. Rozpoczęli próby.
   We wsi stała jeszcze cerkiew, zbudowana w 1889 roku z inicjatywy o. Kornylija Kopystiańskiego, późniejszego więźnia Talerhofu. Teraz pilnie potrzebowała pomocy. Nie miała już dzwonów. Trzy największe, te ufundowane przez emigrantów z USA i Kanady, zabrali Niemcy. Najmniejszy, od nazwiska ofiarodawcy nazwany Popajliw, wywiózł po Akcji Wisła dowódca placówki wojsk ochrony pogranicza w Barwinku. Cerkiew była w opłakanym stanie, miała podziurawiony dach i kopuły. Jej los niewiele osadników obchodził, a nieliczne łemkowskie rodziny nie miały za co przeprowadzić remontu.
   – A może by tak przekazywać na ten cel pieniądze zarobione na koncertach? – zaproponowały Pelagia Siwak, Paraska Wanca i Maria Dudzik z zyndranowskiego zespołu.
   Reszta podchwyciła ten pomysł.
   Na działalność artystyczną, przynajmniej na razie, władze patrzyły przychylnym okiem. Przygotowali więc „Łemkowskie wesele” i dawaj objeżdżać z nim najbliższą okolicę.
   Wieści o zespole rozeszły się szeroko, chętnie ich zapraszano. I choć zarobili w ten sposób parę groszy, wciąż było za mało, by dach cerkwi wyremontować. Kobiety poprosiły wtedy o pomoc inne wsie. Tego milicji było już za wiele, skierowała sprawę do sądu. Nawet się tym specjalnie nie przestraszyli, nie przyszło im do głowy, że ich próby ratowania cerkwi mogą zakończyć się wyrokiem.
   – Wiecie co, wy lepiej tę cerkiew rozbierzcie i mniejszą zbudujcie – w dobrej wierze poradził im katolicki ksiądz z Dukli, Franciszek Kotula.
   A że w tym czasie zawaliła się główna kopuła cerkwi, propozycja wydała się sensowna.
   Blacharz zdjął blachę z cerkwi. Majstra do budowy mniejszej świątyni też już znaleźli, uzgodnili termin roboty i cenę. Wtedy w Zyndranowej zjawiła się bezpieka i zakazała prowadzenia dalszych prac.
   Przez otwarty dach lał się deszcz, niszczał ikonostas, ikony, rzeźby. Władze wyznaczyły stróża do pilnowania tego, co pozostało. Nocą udało się przewieźć część ikonostasu i parę ikon do budynku gospodarczego szkoły. Drewno z rozbiórki cerkwi trafiło do piekarni w Dukli, do Krosna, płytki podłogowe do cerkwi prawosławnej w Sanoku.
   Miejscowym Łemkom udało się przechować płaszczenicę i Ewangelie.
   Marię Dudzik, Paraskę Wancę i Pelagię Siwak za zbieranie pieniędzy na ratowanie cerkwi sąd w Krośnie skazał na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata.
   Jeszcze smutniej zrobiło się w Zyndranowej.
   Teodor Gocz nie przestawał myśleć o wyjeździe do Kanady. Tęsknił za rodzicami i rodzeństwem, tęsknił tym bardziej, że 17 grudnia 1955 roku zmarł jego pradziadek Teodor Kukieła. Miał 93 lata. Dwa dni wcześniej poprosił o przywiezienie z Dukli księdza katolickiego, bo naszych nie było.
   – Tylko daleko nie odchodź – powiedział do prawnuka w dzień swojej śmierci. – Będę umierał.
   Gdy Teodor wrócił z próby, pradziadek już nie żył.
   Wyjazd do Kanady wciąż się odwlekał, chłopak postanowił więc wyjechać na zachód – do Lubina, gdzie po Akcji Wisła znalazło się kilka zyndranowskich rodzin. To one wyszukały Teodorowi nowe zajęcie – pracę w zakładzie krawieckim wojsk radzieckich.
   W Lubinie funkcjonowała już cerkiew prawosławna. Mieściła się w wielkim ewangelickim kościele w centrum miasta. Proboszczem był o. Jan Lewiarz, starszy duchowny, który przyjechał z Łemkami ze wsi Bartne i zorganizował pierwszą parafię w Zimnej Wodzie.
   A Teodor Gocz wziął się za kulturę, bo do tego ciągnęło go zawsze. W 1956 roku wraz z innymi kolegami zorganizował łemkowską grupę teatralną. Na próby „Dziewczyny z północy” Paustowskiego jeździli do świetlicy w Małomicach, ze spektaklami także do Niemstowa i Liścia.
    W czerwcu nadeszła dobra wiadomość z Warszawy – powstało Ukraińskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne (UTSK), a z czasem w jego ramach sekcja łemkowska. Niebawem ruszył kurs dla działaczy kulturalno-oświatowych.
   Teodor Gocz od razu postanowił z tego skorzystać. Na kursie spotkał Jarosława Polańskiego, Pawła Stefanowskiego, Jarosława Stecha, Iwana Terefenko, I. Kocana, E. Mohyłę. A po nim wrócił w góry. Czuł, że Łemkowie będą wracać i jego praca okaże się bardzo potrzebna.
   Na jej efekty nie trzeba było długo czekać. Teodor Gocz organizował koła UTSK, założył zespół teatralny w Tylawie, Olchowcu, Polanach. Cieszył się, że Paweł Stefanowski prowadzi zespół wokalno- taneczny w Komańczy i Turyńsku.
   W końcu zaczął podpisy rodziców zbierać, żeby dzieci mogły się uczyć ukraińskiego w szkole, bo na to pozwalał statut UTSK.
   Nie wszystkim to się podobało.
   W 1958 roku wraz z dwoma kolegami został oskarżony o chuligańskie wybryki. – To sprawa polityczna – nie miał wątpliwości wynajęty przez rodzinę adwokat.
   Opinia wystawiona przez posterunek w Tylawie nie pozostawiała złudzeń: „Teodor Gocz jest członkiem ukraińskiej kulturalno-oświatowej organizacji, w której bierze aktywny udział, organizuje występy, za co ma wielkie zaufanie wśród ludności ukraińskiej, przez co stwarza antagonizm między ludnością narodowości polskiej a ukraińskiej...”.
   Wyrok nie był mały – trzy lata więzienia. Wyszedł na wolność po dwóch. Perspektywy wyjazdu do Kanady stawały się coraz mglistsze.
   Wtedy na przyjazd do Polski zdecydował się ojciec Teodora, Nykołaj Gocz. Nie był w rodzinnych stronach trzydzieści lat. Bez trudu rozpoznał góry, strumyki i lasy. Zniszczonej wsi nie rozpoznał wcale. Zatrzymał się w pysarowej chacie, po trzydziestu dwóch latach spotkał się ze swym rodzonym bratem Hrycem, odwiedził rodzinę i groby. Chciał spędzić w Polsce kilka tygodni, ale rozpoczął się konflikt w Berlinie i w obawie przed kłopotami z powrotem, przyspieszył swój wyjazd. Bardzo też tęsknił za swoją córeczką Lubą, która urodziła się już w Kanadzie.
   Mama Anna miała więcej szczęścia. Gdy przyjechała do Polski rok później, była gościem na festiwalu łemkowskich zespołów artystycznych, który w Łosiu zorganizował Paweł Stefanowski. To było wielkie łemkowskie święto. Na scenie zaprezentował się zarówno zespół, jak i kapela z Zyndranowej.
   – A może zostalibyście instruktorem zespołów łemkowskich w całym województwie rzeszowskim? – zaproponował wtedy Teodorowi Goczowi redaktor „Naszego Słowa”.
   Zgodził się od razu, funkcję tę piastował dwa lata.
   W 1969 roku powrócił w góry znany działacz kulturalno-oświatowy Paweł Stefanowski, a z Ukrainy Michał Doński. Powstały zespoły artystyczne w Bielance, Grabiu, Hańczowej, Bartnem, Komańczy, Turyńsku, Zyndranowej, Polanach, Olchowcu, Tylawie.
   Zarząd Główny UTSK zaczął organizować swoje festiwale. Na trzeci, który odbył się w 1969 roku w Koszalinie, zaproszono najlepszych wykonawców z Zyndranowej, Polan, Bartnego i Bielanki. Opieki nad nimi podjął się Jarosław Trochanowski.
   Tak rodziła się „Łemkowyna”. Do zespołu dołączono niebawem młodzieżowy zespół „Iskorky” z Hańczowej, a także grupę taneczną z Bielanki. Jego poziom rósł. Łemkowyna koncertowała nie tylko w Polsce, także na Ukrainie i w Czechosłowacji, dała dwadzieścia cztery koncerty w USA i Kanadzie.
   Teodor Gocz związał się z tym zespołem na ponad dwadzieścia lat. Śpiewał basem, przez pięć pierwszych lat pełnił rolę starosty. Początki były trudne – nie było instrumentów, nie było strojów – bardzo się wtedy przydały jego umiejętności krawieckie.
   Próby pochłaniały dużo czasu – a trzeba było je godzić z pracą zawodową i życiem rodzinnym. Teodor był już wtedy żonaty – ożenił się z Marią Buriak w 1963 roku – miał dwóch synów, Romana i Bogdana. Miał też nowy dom, zbudowany kosztem wielu wyrzeczeń i dzięki pomocy finansowej rodziców.
   Stara chata pradziadka Teodora Kukieły z 1860 roku stała pusta.
   – Trzeba urządzić tu izbę pamiątek kultury łemkowskiej – postanowił Paweł Stefanowski i inni działacze.
   Chata pilnie potrzebowała remontu. „Łemko-Sojuz” z Ameryki dał pięćset dolarów na pokrycie dachu. W budynku pojawiły się pierwsze eksponaty. W 1969 roku przenieśli tutaj część ikonostasu ze zniszczonej cerkwi, który długie lata ukryty był w budynkach gospodarczych szkoły. Później w muzeum zaczęły się odbywać prawosławne nabożeństwa. Po roku we wsi pojawiła się prawosławna kaplica, urządzona w zaadaptowanym gromadzkim budynku.
   A na terenie muzealnej zagrody Teodora Gocza Łemkowie postanowili wznieść pomnik niemal stu tysięcy żołnierzy, którzy zginęli w walce o Przełęcz Dukielską. Był rok 1974, zbliżała się 30 rocznica tej operacji.
   Z pieniędzmi było krucho. Finansowe wsparcie obiecali co prawda kombatanci, uczestnicy bitwy, ale nie były to duże sumy.
   Łemkowie zakasali rękawy. Przywieźli kamienie, piasek, kupili cement – wiosną 1974 roku fundament był gotowy. Pod nim spoczęły prochy czterech żołnierzy, znalezionych w najbliższej okolicy.
   Wkrótce nad fundamentem wzniósł się pięciometrowej wysokości pomnik, w który wkomponowano hełmy i części frontowej broni, wciąż tak łatwo dostępne w najbliższej okolicy. Na pomniku pojawiła się pamiątkowa tablica z napisem: Wiecznaja pamiat; pawszym gierojam – Lemki.
   Ten napis do końca rozjuszył władze, bo Łemków przecież miało nie być. Jedna po drugiej przyjeżdżały komisje, to cywilna, to wojskowa. Milicjanci ogrodzili pomnik, postawili tablicę „Niewypały”. Ale i tego było za mało.
   – Proszę opuścić dom i przejść do szkoły – nakazali, zjawiając się w obejściu Goczów 1 grudnia 1976 r. Zjawili się zresztą nie sami. Wraz z nimi do wsi przybyli strażacy i saperzy z Dębicy. Wysadzili pomnik.
   W nowym domu Goczów powylatywały szyby, popękały mury i drzwi.
   Żołnierze zabrali z muzeum wszystkie wojskowe eksponaty.
   – Znaleźliśmy magazyn ukraińskiej broni – chwalili się potem w restauracji w Dukli.
   Na dworze było już mroźno, wiał silny wiatr. W domu nie można było spać przy wybitych oknach.
   A potem do Teodora Gocza przyszły nakazy zapłaty za wysadzenie pomnika, zasypanie pięciometrowego dołu po pomniku, za podziurawiony dach sąsiada. Suma niemała.
   – Ja tego płacić nie będę – stanowczo zaprotestował Teodor. – Mogą zapłacić uczestnicy walk o te ziemie ze Słowacji i ZSRR
   Ale władze najwyraźniej nie chciały nagłaśniać tej historii. Odstąpiły więc od kary pieniężnej, sprawę kierując do sądu. „Budowa pomnika bez pozwolenia i kradzież betonowych belek z mostu” – takie były oficjalne oskarżenia.
   Ten most został zniszczony dwa lata wcześniej podczas powodzi, belki ponad rok leżały w rzece przykryte warstwą mułu. Cztery z nich rzeczywiście wykorzystali do budowy pomnika, pozostałe niszczeją w wodzie pewno do dziś. Ale pretekst się znalazł. Zapadł wyrok. Kolejny w życiu Teodora Gocza. I kara, tym razem 2000 złotych.
   Gdy dwadzieścia lat później coraz bardziej znane Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej od-wiedzą oficerowie z Rzeszowa i Dębicy, przeproszą za to, co zrobili ich koledzy.
   Czy Teodor Gocz pokazał im wtedy zyndranowską cerkiew? Stoi na placu należącym kiedyś do jego dziadków, Ewy i Wani Macków.
   Starania o jej budowę trwały dwanaście lat. Trudu budowy podjął się młody, energiczny duchowny, o. Andrzej Popławski, późniejszy władyka Abel, który objął parafię w odległych o siedemnaście kilometrów Polanach.
   – Cerkiew prawosławną w Zyndranowej będą budować – rozeszły się wieści. I Łemkowie, rozsiani po świecie, tę budowę wsparli. Pomogły też parafie prawosławne z całej Polski, głównie z Białostocczyzny.
   W 1982 metropolita Bazyli poświęcił kamień węgielny. Trzy lata później cerkiew – pomnik 1000-lecia chrztu Rusi – była gotowa. 28 lipca 1985 roku w jej poświęceniu wzięło udział kilka tysięcy ludzi z kraju i zagranicy
   Pamiątkowy dzwon podarowała parafia z Lubina, której proboszczem był o. Michał Żuk. Przywiózł go na własny koszt były zyndranowianin Michał Fedosz.
   Ta budowa była wielkim wydarzeniem w życiu Teodora Gocza. Równie doniosłym okazało się założenie muzeum. Jemu, i szerzej łemkowskiej kulturze, pan Teodor poświęcił całe swoje dorosłe życie.
   – Brońcie i szanujcie swoją kulturę, religię i tradycję – nie przestaje apelować do następnych pokoleń. – Ale czy jest to apel wyłącznie do Łemków?
   
   Na podstawie wspomnień Teodora Gocza „Życie Łemka” oprac. Ałła Matreńczyk
   fot. archiwum Teodora Gocza
   

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token