Numer 8(266)    sierpień 2007Numer 8(266)    sierpień 2007
fot.Ałła Matreńczyk
Do Turkowycz spiszt’ narod
Ałła Matreńczyk
Jeromonach Afanasij, późniejszy biskup Buenos Aires, Argentyny i Paragwaju, jechał do Turkowic z dużymi obawami. – Nado tam postroit’ monastyrskoje podwor’je – polecił mu metropolita Dionizy podczas audiencji w poczajowskiej Ławrze.
   – Smogu li ja? – nie krył przed władyką swoich wątpliwości, bo był rok 1931, dla prawosławnych trudny. O. Afanasij miał dwadzieścia siedem lat, święcenia kapłańskie przyjął dwa lata wcześniej. Czy podołam? – nie przestawał w pociągu się martwić.
   Jechał do Turkowic, serca Chełmszczyzny, świętego miejsca, o którym całe wieki układano wiersze i śpiewano pieśni.
   Jechał tam, gdzie zatrzymał się książę Władysław Opolczyk, gdy wywoził z Bełżca cudowną ikonę, zwaną później Częstochowską, a po jego wyjeździe na miejscu, gdzie podczas postoju ikona stała, ukazało się w cudownym świetle oblicze Matki Bożej, które potem odbiło się na płótnie.
   Jechał do miejsca, które odtąd zasłynęło z cudownej Turkowickiej Ikony Matki Bożej, a niebawem i z turkowickiego męskiego monasteru, który przetrwał, już jako unicki, do 1749 roku. Do miejsca, w którym w 1903 roku powstał osiemdziesięcioosobowy prawosławny żeński monaster z seminarium nauczycielskim, przytułkiem, apteką, szpitalem, szkołą gospodarstwa.
   Jechał do Turkowic, gdzie wszystkie monasterskie zabudowania i cerkwie po 1918 r. przejęło państwo polskie, a we wsi mieszkały kątem dwie prawosławne mniszki, rodzone siostry.
   O. Afanasij też nie miał się gdzie zatrzymać. – Zaproszujemo do nas – przyjął go pod swój dach Roman Kaźmierczuk. Gospodarz podejmował gościa jak mógł najlepiej, udostępnił pokój, w drugim musiał zmieścić się z całą swoją rodziną.
   Była mokra, deszczowa jesień. Wszędzie takie błoto, że kalosze do butów trzeba było przywiązywać, bo spadały i grzęzły. A po parku pana Rasińskiego i dużej, bo liczącej około dwustu domów, wsi, w której tylko może piętnaście rodzin było katolickich, o. Afanasij spacerował nieraz. Nieraz też do byłego prawosławnego monasteru podchodził.
   Tu rządzili już nowi gospodarze. W jednych monasterskich zabudowaniach – Zakład dla Sierot Wojennych, prowadzony przez katolickie zakonnice, w innych – szkoła powszechna.
   O. Afanasij nie zobaczył już dużego pięciokopułowego drewnianego krytego blachą soboru z trzyrzędowym ikonostasem – przybył za późno. Polacy go zniszczyli. W innej drewnianej monasterskiej cerkwi urządzili kościół.
   – Ale majemo kopiju Turkowićkoji Ikony – pocieszali się prawosławni, bo oryginał zabrały ewakuujące się z monasteru w 1915 roku mniszki.
   Tę kopię zamówili w Hrubieszowie, w pracowni Zina, w 1928 roku. Tuż przed świętem poświęcili w hrubieszowskiej cerkwi i stamtąd już z kresnym chodem z arcybiskupem Aleksym nieśli do Turkowic.
   Turkowiczanie przygotowali się na jej przyjęcie jak tylko mogli – zamówili ogromny kiot, wybudowali na swoim własnym cmentarzu cerkiew, przykryli blachą. „Już będziemy mieli się gdzie modlić” – cieszyli się jak dzieci. Za wcześnie.
   Na dzień przed uroczystościami przyjechała policja. Zabiła deskami i opieczętowała cerkiew.
   Niosą pielgrzymi ikonę – a tu nie ma jej gdzie postawić.
   Idzie z krestnym chodem arcybiskup – a tu nie ma gdzie odprawić służby. Nie przestają napływać wierni, a nie mają gdzie się modlić.
   Turkowiczanie szybko przymocowali kiot do ścian cerkwi i z płaczem na kolanach Pod Twoju miłost’ zaczęli śpiewać...
   – Mój Boże, co to był za śpiew! – odnotował naoczny świadek! – To nie był zwyczajny śpiew, to był grom z jasnego nieba. (...) Słońce schowało się za przedgórze Karpat, jakby nie chciało widzieć tego morza łez, wylanego przez ludzi.
   Ojciec Afanasij mógł już z tej cerkwi na cmentarzu korzystać. W 1932 roku nawet murowaną dzwonnicę postawił.
   – Ale jak tu zbudować dom dla mniszek i prawosławnego duchownego? – martwił się.
   Potrzebne były pieniądze i plac. Nie miał ani jednego, ani drugiego. Na parafię nie mógł liczyć, bo kończyła spłacać długi za dzwony. Mógł liczyć tylko na pomoc Matki Bożej, przed ikoną której modlił się tak często.
   Wiosną 1932 roku przyszła nieznajoma kobieta i ofiarowała potrzebną sumę.
   – Eto Matier’ Bożija mnie pomogła – nie miał wątpliwości o. Afanasij. Potem mieszkaniec Turkowic podarował plac. Leżał akurat naprzeciwko cerkwi i cmentarza. Sytuacja wydała się opanowana.
   O. Afanasij sam naszkicował plan. Poprosił handlarza drewnem, Żyda Chudesa z pobliskich, słynących z wyrobów butów, Tyszowic, żeby w ciągu miesiąca zbudował dom.
   – Zgoda, a i z zapłatą mogę poczekać – przystał Chudes. Budynek przed świętem Turkowickiej Ikony Matki Bożej, które cała Chełmszczyzna obchodziła 15 lipca, w dzień Złożenia Szaty Przenajświętszej Bogarodzicy w Blachernach, był gotowy.
   Moja zadacza wypołniena – napisał o. Afanasij w raporcie do duchownego konsystorza w Warszawie.
   Ta wiadomość bardzo ucieszyła metropolitę Dionizego.
   Władyka ofiarował do Turkowic metalowy zaprestolny krzyż z cząsteczką Życiodajnego Krzyża Pańskiego i olbrzymią ikonę Zmartwychwstania w metalowym kiocie, wykonane w pracowni Poczajowskiej Ławry. Sam też z wikariuszem, biskupem Sawą, pospieszył na święto.
   O. Afanasij czekał na progu cerkwi. Stał na podwyższeniu. Widział zbliżający się las chorągwi, dziesiątki zaprestolnych krzyży, ponad stu duchownych, trzydzieści tysięcy pielgrzymów. Widział i płakał.
   W ciągu rocznego pobytu o. Afanasija przed kopią Turkowickiej Ikony dokonało się kilka cudownych uzdrowień.
   – Kołyś ich buło bogato bilsz – opowiadali najstarsi mieszkańcy Turkowic.
   Pod starą cerkwią przechowywano całe stosy kul uzdrowionych osób.
   W 1932 roku o. Afanasij został skierowany do Kielc. Coraz bardziej nasilały się antyprawosławne akcje na Chełmszczyźnie.
   – Jest zarządzenie, że jedna ma być wiara – katolicka i święta wielkanocne będą obchodzone tylko w Kościele katolickim – poinformowały wczesną wiosną 1938 r. władze gminy.
   – Kto się nie podporządkuje, zostanie ukarany i z Turkowic wysiedlony – groził kierownik szkoły Konstanynowicz.
   – Wszyscy pochodzicie z unickich rodzin. Wasi pradziadowie należeli do Kościoła katolickiego. Siłą i mocą zmusili ich przejść na prawosławie – grzmiał ks. kapelan Zakładu dla Sierot Wojennych Marian Dąbski. Był także prezesem Towarzystwa Rozwoju Ziem Wschodnich w Turkowicach, które patronowało rewindykacyjno- polonizacyjnej akcji.
   W kwietniu 1938 roku zorganizowano dla prawosławnych przymuszoną katolicką spowiedź i komunię. Przyjechali do pomocy księża z Sahrynia i Hrubieszowa. Przygrywała orkiestra wojskowa.
   – Widać było, że niektórzy przystępowali do sakramentu z musu, a wewnętrzny ból i nienawiść odbijały się na zbolałej twarzy – wspominała katolicka siostra turkowicka Hermana (Józefa Romansowicz).
   We wsi rodziła się nienawiść. Jedni drugim wybijali szyby, albo w polu wyrządzali szkody
   Zaraz przyszło kolejne zarządzenie, że na terenie zakładu będzie wspólnie obchodzone święcone jajko. Na boisku stanęły dwa rzędy stołów.
   – Mało który z prawosławnych złożył życzenia dzieląc się jajkiem – to znowu ze wspomnień katolickiej siostry Hermany. – Prawie wszystko zostało na stole. Pragnęliśmy jak najszybciej zakończyć tę pogrzebową uroczystość.
   Piętnastego lipca tego samego roku znów tysiące pielgrzymów przyszły do Turkowic. Ledwie zdążyli się rozjechać, jak przybyli polscy żołnierze i krakusi. Też poszli w stronę cerkwi. Ale nie po to, żeby się modlić.
   Żołnierze w rogatywkach otoczyli cerkiew, nikogo z ludzi nie puszczając. A robotnicy podcięli piłą z czterech stron rogi. Już mieli wprawę – osunęła się niemal błyskawicznie.
   Po dwóch godzinach ze zbudowanej przed dziesięciu laty cerkwi została tylko kupa drewna.
   – Razem z mniszkami i mieszkańcami wsi starałem się uratować co się da – wspomina Jurij Zagajczuk. Na własne oczy widział, co się stało. Przed wojną razem z rodziną mieszkał w pobliskim chutorze Korczunek, a od 1939 roku już na terytorium samego monasteru.
   Odkąd Niemcy zajęły Polskę, w Turkowicach powstała ukraińska szkoła. Mieściła się w budynku byłego monasterskiego nauczycielskiego seminarium. W niej znalazł zatrudnienie ojciec Jurija, Mychajło Zagajczuk. Był złotą rączką, taką co to w piecach napali, pomaluje, naprawi, wody przyniesie.
   Od razu zajął się też oczyszczeniem cudownego źródełka z uzdrawiającą wodą. Trzeba było je najpierw znaleźć, bo przez dwadzieścia lat było zasypane śmieciami i zrównane z ziemią. Na szczęście dwie mniszki i duchowny potrafili dokładnie wskazać miejsce. Mychajło Zagajczuk zbudował nad nim daszek na czterech słupach, na daszku postawił krzyż.
   W marcu 1940 roku do o. Afanasija, który wtedy przebywał w Jabłecznej, przyszedł list od dziekana hrubieszowskiego, o. Grzegorza Mitiuka.
   Metropolita Serafin (Lade) naznacził was nastojatielem prichoda w Turkowiczach – pisał batiuszka.
   O. Afansij pojechał tam od razu. Z trudem po bezdrożach dotarł do ukochanych Turkowic.
   Zaczął odprawiać nabożeństwa w starej monasterskiej drewnianej cerkwi, która teraz wróciła do prawosławnych.
   Pięć prawosławnych mniszek z przełożoną Magdaliną mieszkało też na terenie monasteru, w byłym domu dla priczta.
   Monasterskie zabudowania nadal zajmował prowadzony przez katolickie siostry Zakład dla Sierot Wojennych.
   Niebawem Niemcy wyznaczyli monasterowi kawałek ogrodu – siostry posadziły ziemniaki i warzywa. Szybko rosła ich liczba, było już ich dwanaście. Prawosławni z Turkowic pomagali mniszkom jak tylko mogli.
   Wkrótce Niemcy ogrodzili znajdujący się na terenie monasteru Dom Ludowy, ten sam, który teraz kupiła nasza Cerkiew, i przylegający do niego teren drutem kolczastym. Niebawem przywieźli pierwszy transport Żydów. Zatrzymani ciężko pracowali przy regulacji koryta Huczwy.
   – Za byle przewinienie wieszano ich za nogi – wspomina Jurij Zagajczuk. – Ich rozdzierający krzyk nieraz jeszcze słyszę.
   Po miesiącu, może dwóch, Żydów gdzieś wywieźli. Dom Ludowy znów służył ludności Turkowic.
   – Odbywały się w nim wertepy i inne przedstawienia, wiejskie zebrania – wspomina Jurij Zagajczuk. – Wszystko przy naftowych lampach, bo elektryczności nie było.
   W czerwcu 1941 roku Niemcy napadli na ZSRR. Jak tylko zajęli Wołyń, kilka mniszek z ihumenią Magdaliną powróciło do swoich rodzimych monasterów. Dwie siostry władyka Iłarion zabrał do Chełma, do prowadzenia swego domowego gospodarstwa. W Turkowicach zostały tylko cztery mniszki.
   W końcu roku o. Afanasij wyjechał w odwiedziny do swych bliskich na Białoruś, o zastępstwo poprosił przyjaciela, archimandrytę Mitrofana z Jabłecznej. W Turkowicach z nikim się nie pożegnał, bo zamierzał wrócić. Stało się inaczej
   Nadszedł 9 marca 1944 roku, dzień urodzin Szewczenki. Dla Turkowic sądny dzień. Kilka dni wcześniej wieś opuścili wszyscy katolicy.
   – Boimy się radzieckiej partyzantki, idziemy do Tyszowiec – tłumaczyli. Była to tylko wymówka.
   Polskie podziemie podpaliło Turkowice tego samego dnia co Sahryń. W Sahryniu zamordowało osiemset osób, w Turkowicach zostały tylko dwa domy. Kto jeszcze miał konia i wóz, w pośpiechu się pakował i wyruszał za Bug, na Wołodymir Wołyński, na Sokol, byle dalej.
   Reszta szukała dachu nad głową w budynku szkoły. Nim zdołali się otrząsnąć z tego co się stało, wkroczyła Armia Radziecka i agitatorzy.
   – Wyjeżdżajcie, będziecie pracować według możliwości, a zarabiać według potrzeb – kusili.
   – I mój ojciec uwierzył w tę bajkę – wspomina Jurij Zagajczuk. – Zresztą co miał robić, tu też nie było życia.
   W Turkowicach nie pozostał ani jeden prawosławny, umilkła – zdawało się na zawsze – prawosławna modlitwa.
   Mijały lata, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści.
   W 1981 roku na adres hrubieszowskiej parafii nadszedł list z dalekiej Argentyny. Bo tam skierował Bóg o. Afanasija, wtedy już arcybiskupa zarubieżnej rosyjskiej Cerkwi. W nim władyka pytał, czy został jakiś ślad po monasterze w Turkowicach, czy została kopia ikony. Ja pisał uże wiezdie, no nikto mnie nie smog otwietit’ – wyjaśniał.
   Młody hrubieszowski proboszcz, o. Grzegorz Ostapkowicz, wybrał się tam z Janem Korzeniewskim z Czarnej Średniej, który przeprowadzał u niego remont cerkwi. Obeszli całą pomonasterską posiadłość. Batiuszka znalazł małą, zamykaną na drut, kapliczkę z kopułką. W niej dwie ikony – Matki Bożej i Chrystusa. Po powrocie zadzwonił do metropolity Bazylego.
   – Jest ikona podobna do Częstochowskiej, wyraźnie przemalowana – zakomunikował.
   Trochę później na hrubieszowską plebanię zapukał dziekan Wasilij Roszczenko: O. Grigorij, mitropolit prosił, sztoby pojechat’ w Turkowiczi, zdiełat’ etoj ikonie snimku.
   Pojechali razem i zdjęcia trafiły do Warszawy.
   – Ubieritie etu ikonu ottuda – poprosił wkrótce metropolita o. Grzegorza, ale nie dał żadnego upoważnienia na piśmie
   Latem 1981 roku batiuszka Ostapkowicz trafił do Turkowic po raz trzeci. Z Janem Korzeniewskim i jeszcze jednym pracownikiem pojechali żukiem. Z trudem wynieśli we trzech olbrzymią ikonę w kiocie, do tego jeszcze dzwon i szybko wyruszyli w drogę. Był biały dzień, a wokół żywej duszy.
   – Matka Boża ochraniała nas swoim omoforem, bo przecież ktoś mógł nas zobaczyć, wezwać milicję – wspomina po latach obecny proboszcz z Zubacz.
   Ikonę umieścił w tomaszowskiej cerkwi, swojej filialnej, i od razu chwycił za telefon.
   Władyka Bazyli zjawił się już następnego dnia i zabrał ją do Warszawy. Po renowacji już nikt nie miał wątpliwości – to kopia turkowickiej, ta napisana przez Zina w 1928 roku, też cudowna. Batiuszka Ostapkowicz napisał list do biskupa Afanasija, opowiedział o wszystkim, dołączył zdjęcia.
   Tu w Turkowicach katolicki ksiądz polecił przenieść kapliczkę do Żernik.
   Turkowicka ikona powinna pozostawać w tomaszowskiej cerkwi (tam też cały czas pozostawał jej kiot i turkowicki dzwon) – postanowił władyka Bazyli.
   Przybyła tam więc w 1983 roku na swoje święto, w dzień położenia Szaty Przenajświętszej Bogarodzicy w Blachernach, uroczyście witana przez metropolitę, duchownych i wiernych.
   Jakby zapowiadała odrodzenie prawosławia na umęczonej chełmsko-lubelskiej ziemi.
   To odrodzenie następuje w 1989 roku, gdy została wskrzeszona dawna diecezja chełmska, pod nazwą lubelsko-chełmskiej, a obejmuje ją młody biskup Abel. Dzięki jego wierze, poświęceniu i energii odradza się to, co zdawało się być stracone na zawsze.
   Niebawem w tomaszowskiej cerkwi rozpoczął się remont. Robotnicy na rusztowaniach akurat malowali ściany, gdy do cerkwi wtargnęła kilkunastoosobowa grupa katolików. Wyciągnęła różańce i zaczęła się głośno modlić. – Oddajcie nam turkowicki obraz – wykrzykiwał potężny pan z sumiastym wąsem, do którego przyłączali się pozostali – Jego miejsce jest w turkowickim kościele, a nie w cerkwi w Tomaszowie.
   – Możecie przychodzić modlić się kiedy chcecie, ale dopóki w Turkowicach nie ma cerkwi, ikona zostanie tutaj – próbował ich uspokoić batiuszka Witold Charkiewicz.
   – Wy, ruskie, nie umiecie czcić Matki Bożej! A ty, popie, lepiej uważaj!
   Następnym razem byli jeszcze bardziej natarczywi. Robotnicy z rusztowań już nawet chcieli zejść na dół, bo bali się, że do przepychanek dojdzie.
   – Władyko, niedobrze – batiuszka od razu chwycił za telefon do biskupa Abla. – Sam ikony nie obronię.
   Wtedy biskup Abel przeniósł ikonę do monasteru w Jabłecznej. Był rok 1990.
   Odtąd Święto Turkowickiej Ikony obchodzone będzie dwukrotnie, 15 lipca na Chełmszczyźnie, początkowo w Tomaszowie, a od 1998 roku w Hrubieszowie, i w pierwszą niedzielę po piętnastym lipca w Jabłecznej.
   To tu w Jabłecznej ihumen Ambroży (Godun) pisze Akatyst do Matki Bożej przed Jej Turkowicką Ikoną.
   Do swojej świętości spieszą nie tylko wierni z Polski, coraz liczniej przyjeżdżają na jej święto Chołmszczaki z Ukrainy.
   Nadchodzi rok 1993. W oparciu o ustawę o stosunku państwa do Kościoła prawosławnego arcybiskup Abel występuje o zwrot monasteru w Turkowicach. Brakuje jednak niezbędnych dokumentów, a i wszystkie monasterskie budynki zajmuje rolnicza szkoła z internatem. A to nie ułatwia sprawy. Rozpoczyna się długi i żmudny proces.
   Za monasterską turkowicką ziemię władyka uzyskuje areał w Witkowie koło Dołhobycza, za budynki mienie zamienne. I stara się o zwrot choćby symbolicznej działki na terenie samego monasteru.
   W 1999 roku dostaje małą pięcioarową, tuż obok dawnego Domu Ludowego. To wystarczy, by stanął tam pamiątkowy krzyż z dwujęzycznym, polskim i ukraińskim, napisem: „W tym miejscu mieścił się prawosławny monaster w Turkowicach”.
   Wtedy po raz pierwszy, po ponad pięćdziesięcioletniej przerwie, odbyło się tam prawosławne nabożeństwo.
   Odtąd corocznie uczestnicy uroczystości po św. Liturgii w Hrubieszowie będą jechać do Turkowic, żeby przejść procesją i w innym źródle – to pierwsze, cudowne, znów jest zasypane – poświęcić wodę.
   Od 2000 roku będą się też modlić się do świętej Paraskiewy (Matijeszyny), jednej z turkowickich sióstr, którą właśnie kanonizowała rosyjska Cerkiew.
   Gdy sześć lat później starostwo powiatowe w Hrubieszowie wystawiło jeden z monasterskich budynków – dawny Dom Ludowy – do przetargu, arcybiskup Abel nie zaprzepaścił szansy. Kupił budynek i w niebywałym, typowym dla siebie, tempie, urządził w nim cerkiew. To w niej odbyły się tegoroczne uroczystości Turkowickiej Ikony Matki Bożej. Wielkie święto całej umęczonej Chełmszczyzny, prawosławnych z Ukrainy, Polski i innych zakątków świata.
   Znowu do Turkowycz spiszyt’ narod na Ryzy Położennija, tut wid neduhiw i turbot szukajut wsi spasienija.
   
   Ałła Matreńczyk
   fot. archiwum Aleksandra Sosny
   

Opinie

[1] 2007-08-21 20:06:00 wołodia
Q.Afanasij buduczy pwiaszczennykom na Chołmszczyni romawlał rosyjskoju mowoju?????????? . Ot szczo ci łe stolittia cHołmszczaki terpiat' ruyfikacju i polonizacju i tak na pereminu. ołt nasza ridna Cerkwa perestane nas rusyfikowaty??????????
[2] 2007-08-25 10:32:00 damax
Autorka pisze, że "dwustu domów, wsi, w której tylko może piętnaście rodzin było katolickich". Po co te kłamstwa. Przeciez Turkowice były wsią mieszana narodowościowo i wyznaniowo z niewielka przewaga ludności katolickiej. Prawosławni stanowili w niej liczna ale jednak mniejszośc
[3] 2007-08-25 13:10:00 Walter W.
Przeczytalem z wielka uwaga te i inne publikacje zamieszczone w niniejszym Przegladzie i przyznam, ze jest to jedyne zrodlo rzeczowej, bezstronnej i jakze czasem smutej informacji o sytuacji prawoslawia w szowinistyczno-nazistowskiej Polsce.
PS.Znam lubelszczyzne i wielu mlodych na owe czasy Ukraincow. Wypowiedz niejakiego Wolodi jest niczym innym jak prymitywna prowokacja karlowatego osobnika kryjacego sie w podziemiach jakiegos tam klasztoru.
Pod plaszczykiem rzekomej rusyfikacji - doprowdzic do oslabienia a nawet rozlamu prawoslawia, oto ich cel.
Walter
[4] 2008-11-15 19:23:00 zwz
POLSKA NIE JEST SZOWINISTYCZNO-NAZISTOWSA!!!! TAK AGRESYWNI OBROŃCY PRAWOSŁAWIA NA TYM TERENIE SA BYĆ MOŻE POTOMKAMI TYCH UKRAIŃCÓW, KTÓRZY DOKONYWALI TU STRASZNYCH MORDÓW NIE OSZCZĘDZALI NAWET MAŁYCH DZIECI.
[5] 2008-11-16 14:49:00 mario
POLSKA JEST SZOWINISTYCZNO-NAZISTOWSA!!!! Najlepszy przykład niedawne wypowiedzi pisowskiego posła Górskiego czy też postawa o. Rydzyka i brak jakiejkolwiek reakcji Kościoła Katolickiego na to co się dzieje w radiu prowadzonym przez wspomnianego ojca dyrektora
[6] 2010-01-15 21:33:00 Krystyna
Interesuję się historią Turkowic.Dobrze ,że mogłam spojrzeć na tą miejscowość oczyma drugiej strony.Prawda zawsze leży gdzieś pośrodku,więc należy bez emocji zgłębiać dawne dzieje.Wzajemne opluwanie się jest niegodne człowieka.
[7] 2010-01-15 21:36:00 Krystyna
Interesuję się historią Turkowic.Dobrze ,że mogłam spojrzeć na tą miejscowość oczyma drugiej strony.Prawda zawsze leży gdzieś pośrodku,więc należy bez emocji zgłębiać dawne dzieje.Wzajemne opluwanie się jest niegodne człowieka.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token