Numer 7(265)    lipiec 2007Numer 7(265)    lipiec 2007
fot.Anna Radziukiewicz
Zachować rytm
Anna Radziukiewicz
– Batiuszka, czemu byłam taka głupia? Za robotą świata nie widziałam. Teściowa z dziećmi, a ja z mężem tylko w pole i w pole. Ni święta nie widziałam, ni niedzieli. I po co komu nasze bogactwo? Dzieci nas teraz nie szanują, do cerkwi nie chodzą, bo i ja nie chodziłam – skarżyła się kobieta przed batiuszką Mirosławem Awksietijukiem, od roku proboszczem w Rogaczach.
   
   O. Mirosław stara się chronić rodziny przed bólem takich doświadczeń. Pracuje z dziećmi i młodzieżą.
   – Najmłodsi chcą chodzić do cerkwi – mówi – ale często nie chodzą, bo babcia nie chce, mama nie ma czasu, tacie wszystko obojętne. W gimnazjum same już nie chcą skręcić w stronę cerkwi.
   O. Mirosław mówi uczniom: – Modlitwa jest tak naturalna i ważna dla człowieka jak jedzenie, picie, oddychanie. I zadaje „domową pracę”: w niedzielę zaproponujcie rodzicom, by wspólny obiad rozpoczęli od Otcze nasz. Jedni rodzice – jak potem zwierzają się dzieci – mają łzy wzruszenia, inni patrzą, jak na obce dziecko.
   – Klęknijcie w swoim pokoju przed ikoną, rano i wieczorem. Pomódlcie się – zachęca dalej batiuszka.
   – Ty w ciąży!? – w pierwszym odruchu załamała ręce na widok klęczącej gimnazjalistki matka. Bo cóż jej zdaniem mogłoby przywieść córkę do modlitwy, jeśli sama jej tego nigdy nie uczyła.
   – Młodych można nauczyć wiele – mówi o swoim doświadczeniu o. Mirosław.
   Opowiada o Michałowie na Białostocczyźnie. Służył tam cztery lata – po Łodzi, Pasynkach i Tokarach. Proboszcz parafii o. Jan Jaroszuk zlecił mu opiekę nad młodzieżą. Spotkania organizował w piątki. Zaczynały się aktystem do dzieciątka św. Gabriela, śpiewanym. Na początku bywało, że służył sam. Ale służył konsekwentnie. Czekał na młodzież, aż ta zaczęła przychodzić. Kto co zrozumiał? – pytał młodych już w parafialnym domu po przeczytaniu Ewangelii na najbliższą niedzielę. Potem tłumaczył cerkiewnosłowiańskie słowa i sens. Podczas Liturgii jego uczniowie byli zadowoleni, że są mądrzejsi od mam, nawet babć. Czekali na kazanie, na to co powie batiuszka o fragmencie Ewangelii, którą już znają. W piątki słuchali opowieści o świętych, informacji o życiu cerkiewnym i rozprawiali o własnym.
   – Dziewczęta zazwyczaj bardzo luźno podchodziły do spraw małżeństw mieszanych – mówi batiuszka. Chłopcy ostrożniej. – A jak się zakocham? – pytały dziewczęta.
   – Małżeństwo mieszane jest jak kamień – tłumaczył o. Mirosław – zaczepisz się o niego, potkniesz, potłuczesz kolana. Będzie bolało.
   – Po czterech latach pracy młodzi nabierali przekonania, że prawosławie jest skarbem – podsumowuje batiuszka. – Myślę, że na całe życie. A mnie cieszyło, że coraz bardziej garną się do Cerkwi. Na pierwszą pieszą pielgrzymkę wyszło, wtedy jeszcze do Zabłudowa, siedem osób, na czwartą, już do Zwierek, siedemdziesiąt. W ostatnim roku mojej służby w Michałowie młodzi zaczęli nawet wydawać gazetkę Agapa. Rozdawali ją i sprzedawali, by zarobić na zorganizowanie ogniska czy wspólnego spotkania z młodzieżą z Gródka.
   W Rogaczach, parafii liczącej 160 rodzin, w sobotnie popołudnia jest o. Mirosław z młodzieżą. Zaczyna molebnem. Potem są rozmowy, wyjaśnianie, nauka w domu parafialnym. Przychodzi 5-7 osób, ale dla niego tak samo ważnych jak kilkanaście czy kilkadziesiąt w Michałowie.
   Na każdym miejscu – uważa – najważniejsza jest konsekwencja, rytm, porządek ze strony duchownego i zgodność jego czynów ze słowami. Oparciem jest rodzina. Nawet w trudnych parafiach, takich jak Nowoberezowo, rytm można zachować, mając wsparcie w rodzinie. Oprócz matuszki podporą są dzieci. 18-letni Adrian Awksietijuk uczy się w hajnowskim liceum i w szkole psalmistów, przedtem uczył się w szkole muzycznej pierwszego stopnia. Jego siostra Natalia wybrała liceum w Białymstoku i przedłuża naukę w szkole muzycznej drugiego stopnia. W czasie służby śpiewają wszyscy.
   Co martwi o. Mirosława?
   Że naszej młodzieży coraz trudniej odróżnić prawdę od kłamstwa, że traci swoją tożsamość, że szybko się polonizuje. Ona wierzy w to, co usłyszy w telewizji. Kiedy wojska NATO bombardowały Serbię – przywołuje o. Mirosław rok 1999 – młodzież uważała, że słusznie. Zrzucanie bomb w czasie Paschy, z życzeniami wesołych świąt, uważacie za normalne? – pytał ich batiuszka. Odwracanie się naszej młodzieży od Białorusi i jej kultury, to też efekt „czarnej” propagandy wobec Wschodu w naszych mediach.
   – Będziemy się uczyć śpiewać rohulki i ohulki – proponuje batiuszka.
   – Po co? – pytają młodzi.
   – Bo to nasza tradycja – odpowiada.
   – Rozmawiajcie ze swoimi dziećmi i wnukami po swojemu – tłumaczy starszym.
   – Oni nie rozumieją – odpowiadają.
   – Zacznijcie od takiego zdania: Wnuczku, maju tabie hroszy. Zrozumie. Zobaczycie
    W latach 70. o. Mirosław uczył się w szkole podstawowej w Narewce. Wszystkie dzieci w jego klasie były prawosławne. Wszystkie rozmawiały po swojemu. Polskiego uczyły się tylko na lekcjach. I w dyktandzie wszystkie napisały: „Janek otrzymał od taty nową szapkę”. Nikt nie napisał „czapkę”. W szkole uczyły się też białoruskiego i rosyjskiego.
   – Teraz szczególnie intensywnie musimy pracować z młodzieżą – zauważa batiuszka – bo ona nie może się połapać na tym rynku mód, trendów, „jedynie słusznych” idei i prawd. Coraz częściej nazywa siebie prawosławnymi Polakami, jakby jednym cięciem pozbywając się bardzo istotnej części swojej tradycji.
   Co jeszcze niepokoi duchownego?
   Wielu młodych z Rogacz, ale proces dotyczy całego kraju, wyjeżdża do Irlandii, Anglii, Belgii. Tu wracają, by ochrzcić dzieci. Tam nie mają odpowiedniej opieki duszpasterskiej. Wraz z katolikami wyjeżdżają na Zachód polscy katoliccy księża. Może wzorować się na katolikach?
   Wschodnia Białostocczyzna wyludnia się. Na wsiach co drugi dom pusty. We wsiach katolickich jest tradycja, że jedno z dzieci przejmuje po rodzicach gospodarstwo. W prawosławnych zazwyczaj wszystkie opuszczają rodzinne gniazdo. Z czasem tylko stara grusza przypomina, że tu kiedyś tętniło życie.
   Coraz więcej ziem na wschodniej Białostocczyźnie kupują ludzie z zewnątrz. W parafii Rogacze gospodarstwo nabyło młode małżeństwo z Elbląga. Przeniosło się tutaj na stałe. Pewna pani z Gdańska kupiła w gminie Narewka 30 hektarów w sąsiedztwie Puszczy Białowieskiej.
   – My – komentuje batiuszka – radnuju ziamielku, jak mówili jeszcze nasi rodzice, zamieniamy na mieszkanie w bloku. Zagłuszamy w sobie naturalną potrzebę bycia blisko ziemi.
   
   Anna Radziukiewicz
   fot. autorka
   

Opinie

[1] 2008-01-13 23:25:00 marcin
jestem z michalowa i faktycznie ks.Miroslaw zrobil wiele dobrego dla nas -naszej parafii. wszyscy sie bardzo zmartwilismy ze musial odejsc..ale widac nie wszystkim odpowiadalo to ze potrafil on tak zjednoczyc mlodziez w michalowie..

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token