Numer 6(264)    czerwiec 2007Numer 6(264)    czerwiec 2007
fot.Ałła Matreńczyk
Przeszłości nie udało się zatrzeć
Ałła Matreńczyk
Od cerkwi św. Archanioła Michała do cerkwi Świętego Ducha – tak można by powiedzieć o ponad 500-letniej historii prawosławia w Kodniu nad Bugiem, w dzień przed wyświęceniem nowej świątyni.
   
   Wyrosła w ciągu sześciu lat, przy ulicy Sławatyckiej, na starym cmentarzu. Złoto kopuł i blask mozaik przyciąga wzrok już z daleka. Jakby dodaje otuchy po trudnych doświadczeniach XX wieku, który tak bezlitośnie obszedł się z prawosławiem tych ziem, rozrzucając je na wchodzie i zachodzie, a i pamięć o przeszłości zacierając.
   Cerkiew św. Michała w Kodniu wsiem zakonu hreczeskowo ufundował w 1515 roku Iwan Sapieha, prawosławny pisarz wielkiego księcia litewskiego i króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka, wojewoda podlaski. Zapisał się on w historii miasta złotymi głoskami – założył gród, wybudował zamek i port rzeczny. Ta drewniana cerkiew służyła mieszczanom niemal do końca XIX wieku, dziś nie ma po niej już śladu. Placu na którym stała, strzeże dużo późniejsza brama – dzwonnica.
   Z murowaną cerkwią Świętego Ducha, którą wzniósł około 1530 roku syn Iwana Sapiehy, Paweł, wojewoda podlaski, a następnie nowogródzki, los obszedł się dużo łaskawiej. Przetrwała, stoi do dziś tuż obok ruin zamku. Od 1947 roku jest kościołem katolickim.
   Paweł Sapieha musiał być z niej dumny.
   Bo wciąż zachwyca swoją urodą, przypomina okręt, który przybił do brzegu Bugu. Jest jedynym przykładem murowanego sakralnego litewsko-ruskiego budownictwa w Polsce. Była nie tylko cerkwią zamkową, ale także parafialną.
    Musiała być też bliska pozostałym Sapiehom, skoro prochy swego przodka Iwana, założyciela Kodnia, z Bociek przywieźli i na zawsze w tej cerkwi złożyli, przenosząc tu jednocześnie płytę nagrobną z piaskowca z tekstem w języku staroruskim.
   Obie kodeńskie cerkwie, drewniana św. Archanioła Michała i murowana Świętego Ducha, nie chciały przyjąć unii, ta druga przez ponad sto lat. Gdzie modlili się prawosławni, gdy w Kodniu zabrakło prawosławnych świątyń? Może chodzili do monasteru w Jabłecznej – to tylko trzynaście kilometrów, albo do małej kapliczki za miastem? Stała na polu, należącym dziś do starosty Borysa Szkodzińskiego. Jeszcze dziś podczas orki ziemia oddaje stare cegły.
   W drugiej połowie XIX wieku cerkiew Świętego Ducha wróciła do prawosławnych, cerkwią stał się też kościół św. Anny, zbudowany w 1636 roku przez Mikołaja Sapiehę, czwartego właściciela Kodnia, już gorliwego katolika. Cerkiew św. Archanioła Michała zniszczała do końca.
   Przed I wojną światową w Kodniu żyło kilkanaście rodzin katolickich.
   Te czasy pamięta jeszcze Anna Tarasiuk, najstarsza kodeńska parafianka. Ma 101 lat.
   – Siadajte, ja postoju, może szcze trochu podrostu – żartuje, gdy odwiedzamy ją w domu.
   Dobrze pamięta gęsto zaludnione miasteczko z chatami, które tak blisko siebie stały, że ledwo żeleźniakiem można było na podwórko wjechać. Większość mieszkańców żyła z uprawy ziemi, jej rodzice też. A że więcej tu gleb złych niż dobrych, tata Stefan Płandowski dwa razy jeździł za chlebem do Ameryki. Nie nacieszył się długo swoją rodziną po powrocie, bo go zaraz do carskiej armii wzięli. W 1915 roku niemal wszyscy kodeńscy prawosławni wyruszyli na bieżeństwo. Także Płandowska z trójką swoich dzieci.
   – Trafiliśmy do Aszchabadu, niedaleko perskiej granicy – mówi pani Anna. Miała wtedy 8-9 lat.
   – Im nado pomocz, oni wsio ostawili – miejscowi dzielili się tym co mieli. A mieli na początku niemało.
   Ale do słońca, ostrego i palącego, trudno było się przyzwyczaić. Podobnie jak do nieobecności ojca. Stefan Płandowski jakimś cudem ich tam w dalekim Aszchabadzie odnalazł.
   – Bat’ko? Jaki bat’ko? – nie poznała go Ania, gdy pod nieobecność mamy zjawił się na progu ich domu w mundurze, z brodą do pasa i plecakiem. Czym prędzej chwyciła najmłodszą siostrę Nadię i tyle ją widzieli. Długo musieli jej rodzice tego dnia szukać.
   Odkąd wybuchła rewolucja, w całej Rosji nie było już ładu.
   Ojciec wystarał się o dokumenty na powrót. Pociągiem dojechali do pobliskiego Stradecza.
   – Boże, jaki Ty miłościwy, jaki Ty dobry – wykrzyknęła mama, gdy ujrzała rodzinny dom. Stał nienaruszony. Inni nie mieli tyle szczęścia. Kodeń podczas I wojny światowej spłonął niemal doszczętnie.
   Pod swój dach przyjęli więc może z pięć rodzin, spali razem pokotem na glinianym toku, bo podłogi w miasteczku były wtedy rarytasem.
   Na próżno czekali na powrót wszystkich swych sąsiadów. Wielu bieżeńców zostało w Rosji już na zawsze.
   W Kodniu też zaszły duże zmiany. Nie mieli cerkwi, plebanii, duchownego. Do kościoła św. Anny wrócili katolicy, cerkiew Świętego Ducha przed prawosławnymi zamknięto. Zamknięto też wniesioną w 1910 roku cerkiew św. św. Cyryla i Metodego, w 1932 roku przebudowano ją na szkołę. Prawosławni chodzili modlić się do Stradecza albo Zabłocia.
   – Przyślijcie nam batiuszkę chociaż na Paschę – poprosili metropolitę Dionizego w 1927 roku. Metropolita skierował do nich młodego o. Afanasija (Martosa), późniejszego biskupa. O. Afanasij przyjechał w Wielki Czwartek. Służył w maleńkiej kapliczce, która stała pośrodku wsi, na miejscu starej Michajłowskiej cerkwi. Była tak mała, że z trudem sam się w niej mieścił.
   Całe dnie jeździł po wsiach, spowiadał, priczaszczał, święcił święconki. Łatwo się męczył, bo w młodości chorował na gruźlicę.
   Teraz też srogo pościł, a że bez przerwy był na nogach, na Paschę się rozchorował.
   Zakręciło mu się w głowie, z trudem dokończył nabożeństwo. Wierni wystraszyli się wtedy nie na żarty.
   Ale na Trojcę znowu przyjechał.
   – Żadnego prawosławnego nabożeństwa we wsi – policja tym razem była dużo bardziej kategoryczna. Odprawiał więc na cmentarzu, w szałasie, który ludzie naprędce z zielonych gałęzi zrobili. Był gorący wietrzny dzień, wiatr bez przerwy gasił palące się świeczki.
   „Cerkiew Świętego Ducha w Kodniu rząd polski przekazał kościołowi” – odnotował o. Afanasij w swoich wspomnieniach. Nie wiedział, że sześć lat później, w 1933 roku, biskup siedlecki Przeździecki odda ją na potrzeby nowo powstałej neounickiej parafii. I że odejdzie do niej około czterdziestu wiernych.
   Gdzieś tak na początku lat 30. duchową opiekę nad prawosławnymi w Kodniu zaczął sprawować o. Chrystofor z monasteru w Jabłecznej, późniejszy archimandryta. Przychodził najczęściej pieszo, odprawiał nabożeństwo w prywatnym domu Romana Onyszczuka, naprzeciwko obecnej prawosławnej plebanii.
   – A może byśmy cerkiew wybudowali – zaproponował któregoś dnia wiernym.
   Roman Onyszczuk od razu na ten cel swój ogród ofiarował. Ale w międzywojennej Polsce zbudować cerkwi nie było można.
   Postanowili postawić zwykły, mieszkalny dom, tyle że bez komina i pieca. Pracowali głównie nocą, materiał przygotowywali na podwórku Romana.
   – Dwie ściany musiały być z brandmuru, bo działka nie była zbyt szeroka, pozostałe z drewna – wspomina starosta kodeńskiej parafii Borys Szkodziński, który tu w Kodniu się urodził i nigdy z niego nie wyjeżdżał.
   Jako dziecko przechodził tamtędy codziennie, w drodze do szkoły. Widział rosnące ściany i raz po raz nakładane przez policję plomby. Bo nawet taki dom, w którym miała być cerkiew, władzom przeszkadzał.
   Gdy na pokrycie zabrakło pieniędzy, zaciągnęli kredyt w Brześciu, w kasie Stefczyka (spłacali go jeszcze za Niemca). Ale dzięki Bogu, w końcu udało im się w tym domu cerkiew św. Archanioła Michała urządzić. Nie sądzili wtedy, że będzie im tak długo służyć, bo aż do 2006 roku.
   Bardzo podniosła ich na duchu wizyta prawosławnego biskupa, czy był to metropolita Dionizy, czy jego wikariusz, arcybiskup krzemieniecki Szymon, dziś trudno ustalić. Antonina Rychlik jako kilkuletnia dziewczynka wierszyk na jego powitanie mówiła, pamięta go do dziś. Dostała za to od władyki pięć złotych, a to przed wojną była suma nielada.
   O. Chrystofor w dalszym ciągu nie miał plebanii. Mieszkał w domu psałomszczyka Danieluka, gdy spłonął nocował to tu, to tam, także w podpiwniczeniu cerkwi.
   To razem z o. Chrystoforem bronili prawosławnego cmentarza, który miał przejść na własność Kościoła katolickiego, chociaż katolicy mieli już jeden. Sprawa oparła się o sąd w Białej i w Brześciu. Cmentarz podzielono. I tak zostało do dziś.
   Dziś na katolickiej części z trudem można znaleźć kilka prawosławnych krzyży. – Bo i łamali, i niszczyli je po tej katolickiej stronie na potęgę – mówi pan Borys. – Wynajmowali przeważnie do tego strażaków, nie wszyscy chcieli iść do takiej roboty, choć płacono im niezłą dniówkę.
   Powoli zmieniał się skład wyznaniowy mieszkańców Kodnia. Bo choć prawosławnych było wciąż wielu (w niedzielę zdarzało się nawet czternaście ślubów) stanowili jedną trzecią wszystkich mieszkańców. Tylu samo było katolików i Żydów.
   Druga wojna światowa przyniosła jeszcze większe zmiany. Najpierw z kodeńskich ulic zniknęli Żydzi, później w 1944 i 1945 roku na wschód wyjechało wielu prawosławnych.
   – Ujezżajtie w Sojuz, wam budiet kak w raju – kusili sowieccy politrucy. I ludzie wyjeżdżali. Mieli dosyć wieloletnich upokorzeń, dobrze wspominali też bieżeństwo, a w Kodniu do 1939 roku niejeden jeszcze biedę klepał.
   – Nieraz jedliśmy placki z brukwi, buraków cukrowych i to pieczone nie na patelni, a na płycie – wspomina Anna Tarasiuk. – Albo chleb spleśniały, wystarczyło go dobrze umyć, później wysuszyć. Nie to co teraz, teraz ludzie mają królewskie życie.
   To królewskie życie nie od razu do prawosławnych w Kodniu przyszło. Rok 1947 przyniósł kolejną próbę – nadeszła Akcja Wisła.
   – Ten kto weźmie świadectwo wiary nie będzie musiał wyjeżdżać – informowali księża.
   Żeby je dostać, trzeba było pójść do kościoła św. Anny, stanąć przed Ewangelią i krzyżem i wyrzec się „schizmatyckiej wiary”
   – I moja siostra Nadia, którą tak w Aszchabadzie niańczyłam, po to świadectwo poszła – wspomina pani Anna. – Mówiłam jej, nie pamiętasz jak mama przestrzegała: „Jak ci będą połę zabierać, oddaj i plecy, ale wiary swojej, tej co na chrzcie dostałaś, nie zmieniaj”. Ale gdzie tam, poszła. Ale i tak nic to nie pomogło, bo ich wywieźli. A my zostaliśmy.
   Już na furmance stała dzieża z mięsem, leżały jakieś tłumoczki, gdy na podwórko wszedł polski oficer.
   – To ja ciebie mam wywozić? – zdziwił się na widok męża pani Anny. – Toż my razem w trzydziestym dziewiątym w polskim wojsku wojowaliśmy.
   I tak Tarasiukom udało się zostać, w Kodniu została też rodzina Borysa Szkodzińskiego.
   – Nasz żeleźniak też był gotowy do drogi, ale ja akurat zachorowałem na malarię, a mój brat w 1939 był w armii, więc jakoś nas zostawili – wspomina starosta.
   Takich szczęśliwych rodzin było w miasteczku może piętnaście, sto pięć musiało wyjechać, w sumie 366 osób. Proboszczem wtedy był o. Piotr Uszakow, później kolejno przyszli o. ihumen Alipiusz Kołodko, o. Eugeniusz Nielipiński. Gdy parafię objął o. Grzegorz Sosna, została zakupiona plebania przy ul. Bojarskiej. W 1964 roku proboszczem został o. Aleksy Subotko.
   Kiedy parafianie zaczęli wracać z Akcji Wisła i ponownie w ziemię kodeńską wrastać, można było do budowy nowej plebanii się przymierzyć. Stanęła niedaleko cerkwi. Nadchodził czas przebudowy świątyni.
   – Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Kodnia, cerkiew nadal przypominała dom mieszkalny z ganeczkiem i niedużym krzyżem przy wejściu – wspomina Mirosław Korowaj, aktywny działacz Bractwa Młodzieży Prawosławnej przed dwudziestu laty, dziś kodeński parafianin.
   Po przeprowadzonym remoncie pojawiła się dzwonnica, na dachu cerkwi maleńkie kopułki, z tyłu świetlica. Do prac włączyła się młodzież.
   W 1987 roku parafię objął o. Jerzy Ignaciuk, dwa lata później odrodziła się niczym feniks z popiołów diecezja lubelsko-chełmska.
   Biskup Abel wniósł energię i nadzieję. Także świadomość, że tu, na tak bardzo doświadczonej ziemi, nie są sami. Że w tym często niełatwym, a nawet heroicznym, trwaniu pomogą im inni prawosławni z kraju i zagranicy.
   Zmiany, widoczne gołym okiem w całej diecezji, nie ominęły kodeńskiej parafii. Powstały nowe cerkwie w Zahorowie, filialna w Kopytowie, cmentarna w Olszankach, Kątach.
   W kodeńskiej znów potrzebny był remont.
   – A może by tak nową postawić? – wspólnie zapytali parafian władyka Abel i proboszcz Jerzy.
   – Nową cerkiew? Władyko, nie da-my rady, u nas nie ma ludzi zamożnych – nie kryli obaw, tym bardziej że Zahorów od nich odszedł, stając się samodzielną parafią.
   – Nie będziecie sami – uspokajał władyka.
   Szybko udało im się działkę kupić w samym centrum Kodnia, na terenie starego prawosławnego cmentarza, na którym już po drugiej wojnie zbudowano mleczarnię. A że zlewnia była niepotrzebna, bez trudu sfinansowali transakcję. Architekt Mirosław Załuski, syn prawosławnego duchownego, który w trudne okupacyjne lata był proboszczem w Janowie Podlaskim, wykonał projekt.
   I już 20 maja 2001 roku, odbyła się zakładka. Równo sześć lat temu.
   Wśród gości znalazł się Grek Dymitr Rakinzakis i członkowie greckiego Bractwa Sotirios, którzy wcześniej pomogli m.in. cerkiew w Janówce zbudować. Teraz prawosławnym w Kodniu obiecali pomóc. Słowa dotrzymali.
   To dzięki nim budowa mogła zakończyć się tak szybko. Pomagali też prawosławni ze Stanów Zjednoczonych, wierni z całej Polski. Nie szczędzili sił i środków sami parafianie. Nieraz kolędowali, organizowali składki i zbiórki.
   Gdy batiuszka o. Jerzy Ignaciuk w 2005 roku opuszczał Kodeń, cerkiew w surowym stanie była już gotowa.
   Dziś wygląda naprawdę pięknie. O. Wiesław Skiepko, obecny proboszcz, z dumą zaprasza do środka. Ciemny ikonostas, który wyszedł spod rąk ukraińskich artystów, pięknie kontrastuje z jasną posadzką. Złote balustradki rozświetlają wnętrze, ożywiają je dość wyraziste kolory polichromii, którą wykonali ikonopiscy z Łucka.
   Batiuszka jest w Kodniu od półtora roku, cały czas najłatwiej zastać go przy cerkwi.
   – Ostatnie prace? Wyłożyliśmy kostkę brukową, dokończyliśmy budowę ogrodzenia, założyliśmy instalację alarmową oraz nagłośnienie – wylicza. – Ustawiliśmy prestoł, zawiesiliśmy panikadiło, na ścianach zewnętrznych artyści z Równego ułożyli mozaiki Chrystusa, Pokrowy Bożyjej Matieri, św. Jana Chrzciciela, Matki Bożej Kazańskiej i Świętego Ducha.
   Przygotowania do uroczystości są zapięte na ostatni guzik. Kodenianie czekają na gości. Oprócz biskupów z kraju i zagranicy, wielu duchownych, przyjadą wierni z wielu parafii.
   Może zechcą przy okazji obejrzeć cerkiew Świętego Ducha, wzniesioną przez Pawła Sapiehę, syna Iwana. Tuż obok ruin zamku ujrzą piękną, majestatyczną budowlę. Przeczytają zamieszczoną na niej informacyjną tablicę.
   Słowa cerkiew na niej nie znajdą.
   
   Ałła Matreńczyk
   fot. Łukasz Korowaj i autorka
   

Opinie

[1] 2010-08-01 18:18:00 ilona
Interesujący artykuł, przeczytałam z przyjemnością. Kodeń odwiedziłam w tym roku, niestety przejazdem - to ładne miasto, wiele tu ciekawych miejsc. Zrobiłam kilka zdjęć, mn.tych samych miejsc, o których mowa w artykule. Ale nie potrafię zorientować się w 100 procentach, co przedstawiają. Proponuję podpisywać zdjęcia, artykuł zyska na tym.
[2] 2013-05-07 18:21:00 Barbara
Poznałam Kodeń dzięki mężowi ,który jak dziecko mieszkał .Jestem katoliczką ale dzięki mężowi poznałam na pewno w niewielkim rozmiarze religię prawosławną.Bardzo lubię słuchać śpiewów prawosławnych.W Kodniu bywamy na przewodnią niedzielę ,w czasie mszy prawosławnej czuję,że moje prośby idą do Boga.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token