Numer 7(205)    lipiec 2002Numer 7(205)    lipiec 2002
fot.Marek Dolecki
Zmień wiarę
Michał Bołtryk
1 czerwca 2001 roku zmarł o. Jan Zbiorowski. Jego pogrzeb odbył się we Wrocławiu na Cmentarzu Grabiszyńskim. Jakieś dwa lata przed śmiercią odwiedziłem o. Jana we Wrocławiu, w jego mieszkaniu. - Właśnie tu, w tym domu - mówił - po raz pierwszy służyliśmy liturgię po wojnie.
   O. Jan był bardzo dobrym krawcem. Pokazywał mi swoje wyroby - różne ubrania dla duchownych, mitry i co tam jeszcze... Wspominał życie swoje i swoich bliskich na Chełmszczyźnie.

   O. Jan ZbiorowskiJan Zbiorowski urodził się 25 października 1914 roku we wsi Grabowiec w powiecie hrubieszowskim, w gminie Horodło.
   - Czasy były bardzo trudne - mówił. - Prawosławnym w odrodzonej Polsce żyło się szczególnie ciężko. Pamiętam taki przypadek. Oddano mnie na naukę, ale i do pracy, do krawca, Żyda. Jest dobrze. Ale po pewnym czasie ten Żyd powiada: "Była u mnie policja. Pytali o ciebie. Zgłoś się do nich, przynieś zaświadczenie, bo inaczej nie będę mógł uczyć ciebie zawodu".
   Zachodzę na policję. Tam mi mówią: "Proszę pójść do księdza rzymskokatolickiego i wziąć zaświadczenie, że jesteś katolikiem. Wtedy wydamy ci zgodę na naukę zawodu". Idę do księdza. On mi mówi: "Zmień wiarę".
   Rzecz jasna wiary nie zmieniłem, zaświadczenia nie przyniosłem, do krawca na naukę zawodu przestałem chodzić. Po paru dniach Żyd przyszedł do mnie: "Co zrobiłeś, że policja mnie wciąż odwiedza i pyta o ciebie?" "Chcą, żebym zmienił wiarę" - odpowiadam majstrowi. "To niesłychane!" - skomentował Żyd.
   Tak więc jeszcze przed wojną byłem na indeksie, choć niczego jeszcze nie zrobiłem. Ale wiem, za co mnie tak prześladowano. W 1938 roku w Grabowcu zwołano zebranie w Domu Ludowym. I ja tam byłem. Patrzę, sami prawosławni. Przed nami stanął ksiądz Czarnecki i mówi: "Dziś u nas wielkie święto, jesteśmy świadkami zjednoczenia prawosławnych z katolikami".
   Potem wszyscy poszli do kościoła złożyć rzymskokatolickie wyznanie wiary. A ja nie poszedłem. To właśnie zapamiętano. Nie zapomniano nawet wtedy, gdy wybuchła wojna we wrześniu trzydziestego dziewiątego. U nas, w Grabowcu, już zaczęli zabijać prawosławnych. Wyjechałem do Zamościa. Następnego dnia po wyjeździe Polacy otoczyli nasz dom i zrobili rewizję. W domu byli ojciec, mama i siostra. Szukali w pokojach, na strychu, w piwnicy. "On musi tu być!" - mówili.
   Ale mnie na szczęście nie było. Dziewięć dni stała warta przy naszym domu. A mnie Pan Bóg uchronił. Wróciłem do Grabowca, jak Niemcy odeszli, a weszli sowieci.
   Przez parę lat w Grabowcu miałem swój warsztat krawiecki. Zatrudniałem katolików, Żydów. Wielu Niemców zamawiało u nas ubrania. Szyliśmy przeważnie za produkty żywnościowe, bo pieniądz nie miał wtedy wartości. W czasie wojny i jeszcze po wojnie przygotowałem do zawodu krawieckiego około dwudziestu uczniów.
   Wiosną 1941 roku o. Jan Zbiorowski został psalmistą w cerkwi w Grabowcu. Mianował go proboszcz o. Piotr Piluś. W 1942 roku o. Jan ożenił się z Zofią Metiuk.
   W 1943 r. proboszczem w Grabowcu był o. Paweł Szwajko.
   - U nas działo się coraz gorzej - kontynuuje o. Jan. - Niemcy wysiedlali Polaków, ich domy zasiedlali Ukraińcami. Na miejsce wysiedlonych Ukraińców sprowadzano folksdojczów. Rosła nienawiść między ludźmi.
   28 VIII 1943 roku o. Paweł Szwajko chrzcił córkę o. Jana Zbiorowskiego, Irenę.
   - Było pięknie i świątecznie - przypominał o. Jan. - Krestnyj chod kroczył wokół cerkwi. Skromne chrzciny odbyły się u nas w domu. Byliśmy sąsiadami o. Pawła. Nasz ogród graniczył z podwórkiem proboszcza.
   Córka miała już pół roku. Wieczorem mówię do żony: "Dobrze, że ochrzciliśmy dziecko". A w nocy, około dwunastej, słyszę strzały. Zorientowałem się, że to blisko nas. Wyszedłem na dwór. Coś się działo na plebanii. Przeskoczyłem przez płot i pobiegłem tam. O. Paweł Szwajko leżał zabity przy matuszce. Matuszka też już nie żyła. Ich dwunastoletni syn był wtedy w Chełmie, u biskupa Hilariona. Tej nocy zabito wielu Ukraińców w Grabowcu. Na trzeci dzień chowaliśmy o. Pawła i jego matuszkę na cmentarzu w Grabowcu.
   
   Niżej: podczas Liturgii św. w cerkwi św. św. Cyryla i Metodego we WrocławiuCzasy były coraz bardziej niespokojne. Polacy zrobili "republikę grabowiecką". Rządzili na tym terenie, choć to była okupacja niemiecka.
   Urządziłem kryjówkę i tam mieszkałem, ale wrzucono mi granat. Na szczęście przeżyłem. Ale wiedziałem, że w Grabowcu nie ma dla nas życia. Uciekłem do Podhorców, gdzie mój teść był proboszczem. Poprosiłem go, żeby pojechał do Grabowca po moją żonę, dziecko i siostrę. - Tato, proszę was na kolanach - mówiłem do niego przed odjazdem - nie zostawajcie w Grabowcu na noc.
   Teść pojechał i zrobił tak, jak prosiłem. Niestety, moja siostra już w chwili odjazdu zeskoczyła z wozu. Została przy matce. Po paru tygodniach, w maju 1944 roku, zabili ją. W kwietniu czyniłem próby, żeby ją wyprowadzić z Grabowca, ale wieś była otoczona przez bandy. Z Grabowca już nie było wyjścia dla naszych ludzi. W tym czasie spalono Bereście. W Bereściu mieszkało 150 rodzin prawosławnych i dwie katolickie. Przed podpaleniem wsi rodziny katolickie wyjechały. Wieść o tym pożarze była dla mnie koszmarem. Właśnie wtedy przebywali tam moja żona i teść. Ale jak dowiedziałem się później, żona z teściem w przeddzień wyjechali do Pohutycz.
   Te koszmarne dni i noce skończyły się z nadejściem armii radzieckiej.
   - Przyszli sowieci - opowiada o. Jan - i zaczęli brać do armii. Idę do ruskiego wojska. Powiem prawdę, do polskiego bałem się iść. Ponieważ miałem fach w ręku, więc najpierw w zapasowym pułku zajmowałem się szyciem. Potem byłem kucharzem. Całkiem dobrze gotowałem. Oficerowie, spróbowawszy mojej zupy z kotła, mówili: "Tu zjemy, gotujesz smaczniej niż w kasynie".
   O. Jan Zbiorowski maszerował z armią radziecką przez Karlove Vary aż do Wittembergi.
   - A kiedy skończyła się wojna - wspominał - chcieli mnie wywieźć do Związku Radzieckiego. Wyszedłem z wojska w Hrubieszowie i już do niego nie wróciłem. Przez sześć lat prowadziłem w Tomaszowie Lubelskim zakład krawiecki. Ale zaczęto likwidować prywatne zakłady. Chcieli, żebym wstąpił do spółdzielni. Na drzwiach wywiesiłem kartkę: "Z powodu likwidacji warsztatu robót nie przyjmuję".
   Ojcu Janowi udało się nie wyjechać do ZSRR, ale jego żonę z córką w 1944 roku repatriowano na Ukrainę. Z nimi wyjechała także matka o. Jana. W 1947 r. nawiązali ze sobą kontakt listowny.
   - Żony nie wypuszczali stamtąd, mnie nie pozwalano tam pojechać - wspominał tamte czasy o. Jan. - Żona z córką mieszkały w Łucku, matka w domu starców koło Równego.
   W 1953 r. o. Jan wyjechał do Wrocławia. Przez pięć lat pracował w laboratorium Politechniki Wrocławskiej. W 1957 r. do Wrocławia przyjechały matuszka Zofia z córką. W 1958 r. urodził się im syn Włodzimierz.
   W 1962 r. o. Jan Zbiorowski przyjął z rąk władyki Bazylego święcenia kapłańskie.
   - Dostałem swoją pierwszą parafię w Oleśnicy - mówił. - Podniosłem z gruzów cerkiew i służyłem w niej przez trzydzieści lat.
   Ojca Jana Zbiorowskiego odwiedziłem, gdy był już przeniesiony w stan spoczynku.
   - Ale czasu nie marnuję - mówił, pokazując mi nowe obłaczenija i mitry, które właśnie uszył.
   fot. autor

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token