Numer 2(260)    luty 2007Numer 2(260)    luty 2007
fot.Anna Radziukiewicz
Trudy i dnie
Władyka Michał Kiedrow
Rok 1948 był dla Cerkwi w Polsce okresem niezwykle trudnym. Pozbawiona przez powojenną zmianę granic 90% wiernych, przed rokiem dodatkowo rozproszonych przez Akcję Wisła, i majątku, z trzema jedynie biskupami, borykała się także z niechęcią nowych władz, uparcie dążących do jej ubezwłasnowolnienia, do czego wykorzystywano przyjęte w latach 30. ustawy. Metropolitę Dionizego postrzegano jako człowieka „sanacji”, którego nie uda się pozyskać dla nowego ustroju. Jego odsunięcie od władzy w kwietniu 1948 roku (powołano wtedy całkowicie niekanoniczną strukturę, Tymczasowe Kolegium Zarządzające), wyraziście postawiło problem autokefalii. Przyznana w 1924 roku, w okresie gdy z rosyjską Cerkwią – matką, prześladowaną przez bolszewików, nie było dobrego kontaktu, pod silnym naciskiem władz, przez Konstantynopol, wciąż nie była w Moskwie uznawana.
   
   „Trudy i dnie”, wspomnienia pierwszego biskupa wrocławsko-szczecińskiego Michała Kiedrowa, są pamiętnikiem i z pewnością mają dużą wartość historyczno-obyczajową. Opisując wydarzenia sprzed lat, okazują się bezcenną skarbnicą wiedzy o minionej epoce, odsłaniającą nam na nowo wiele istotnych faktów, co w głównej mierze zawdzięczamy barwnemu życiorysowi ich autora – nauczyciela, teologa, hierarchy.

   
   Koleje losu rzuciły Michała Pietrowicza Kiedrowa na tereny dawnej II Rzeczpospolitej jeszcze przed I wojną światową, ale obywatelstwo polskie uzyskał dopiero 27 sierpnia 1927 r. Urodził się 23 września 1883 r. w Jarańsku jako syn miejscowego proboszcza i wykładowcy szkoły duchownej. Piotr Kiedrow wcześnie osierocił rodzinę i ciężar wychowania i utrzymania rodziny spadł na matkę. Poczucie odpowiedzialności spoczywało też na późniejszym biskupie. Długie lata pomagał siostrze Wierze i wyraził życzenie, aby po jego śmierci osobiste przedmioty trafiły w jej ręce, do Jarańska.
   W 1904 roku po Seminarium Duchownym w Wiatce (cztery lata później ukończył Akademię Duchowną w Petersburgu) znalazł się w Dermaniu na Wołyniu jako dyrektor przyklasztornej szkoły cerkiewno-nauczycielskiej. W następnych latach wykładał w seminariach duchownych w Krzemieńcu i Wilnie oraz w szkole dla psalmistów przy monasterze w Jabłecznej. Pracował również w rosyjskim gimnazjum w Brześciu.
   Od lata 1939 roku mieszkał w stolicy, pracując w metropolii oraz jako profesor seminarium. Podczas powstania warszawskiego utracił całe mienie. 27 września 1944 roku został wywieziony do obozu w Pruszkowie, lecz wkrótce zwolniony ze względu na podeszły wiek.
   Po wojnie znalazł się w Milejczycach.
   22 czerwca 1947 roku przyjął święcenia kapłańskie, dzień później nagrodzony został napierśnym krzyżem, palicą oraz godnością protoijereja. Mianowany ihumenem monasteru św. Onufrego oraz proboszczem miejscowej parafii, wszedł w skład Tymczasowego Kolegium Zarządzającego. Nauczyciel z powołania, słynął z tego, że w swoich teologicznych wykładach nawiązywał do literatury rosyjskiej, co czuje się również w stylu jego pamiętnika.
   W numerze styczniowym Przeglądu, w tekście „ W powojennym Wrocławiu”, pisaliśmy, że pamiętnik zaginął. Po zamknięciu numeru zadzwoniła do mnie pani Raisa Biegun.
   – Proszę usiąść i słuchać! W dokumentach papy znalazłam część „Trudów i dni”! Entuzjazm starszej damy był zaraźliwy.
   Spisany na podniszczonych kartkach maszynopis od tłumacza wymagał niejednokrotnie rekonstrukcji pojedynczych słów, nieraz zwrotów. Prezentowany fragment barwnym, żywym językiem opowiada o pobycie delegacji w Moskwie w czerwcu 1948 roku.
   
   Czerwiec 1948 roku. Ten miesiąc wyjątkowo jest pełen wrażeń. Długo trwały rozmowy dotyczące uzgodnienia przyjazdu do Moskwy. Okazuje się, że rozpoczęły się jeszcze w maju 1945 roku. M.D. [Metropolita Dionizy – przyp. red.] niejednokrotnie prowadził pertraktacje, ale były jakieś opóźniające okoliczności. Wraz z oddaleniem go od władzy, naturalnie powstało pytanie o wyjazd do Moskwy, co między innymi przewidywała ustawa – Rozporządzenie o Kolegium, które powinno było unormować stosunki pomiędzy Moskiewskim Patriarchatem a Prawosławną Cerkwią w Polsce. Dlatego na pierwszych posiedzeniach Kolegium zostali wybrani delegaci oraz wystosowano pismo do Moskwy, w którym pytano Patriarchę Aleksego o pozwolenie na przybycie naszej delegacji. Patriarcha w telegramie wyznaczył termin, w którym może nas przyjąć – od 2 do 5 czerwca. W skład delegacji wchodziły następujące osoby: arcybiskup Tymoteusz, biskup Jerzy, prot. E. Naumow, S. Seriebrennikow jako przedstawiciel parafian i ja. Biskupowi Jerzemu towarzyszył prot. M. Lenczewski. Minęło wiele czasu, aby ta delegacja została skompletowana, dlatego wyjazd nie mógł się odbyć w wyznaczonym przez Patriarchę terminie. W ostatecznym rozrachunku przekładanie wyjazdu okazało się dla nas korzystne. Dużo kłopotu przysporzyło otrzymanie paszportów, czym zajmował się N. N. Czyrko.
   Wyjazd do Moskwy doszedł do skutku 19 czerwca, w przeddzień dnia Świętej Trójcy. Wstaliśmy wcześnie rano, aby już o 6 być w metropolii. Pan dyrektor departamentu w Ministerstwie Administracji Publicznej J. Demiańczuk Jurkiewicz i sekretarz tego departamentu S.D. Kiryłowicz przywieźli nasze paszporty. O 5,30 o. W. Łopuchowicz zakończył w soborze molebien przed podróżą i o 5,40 udaliśmy się na lotnisko wojskowe. Po drodze p. D. często oglądał się za jadącymi za nami samochodami, niekiedy nakazując kierowcy zatrzymać się i zaczekać na nie. Przypominał w tym kwokę zbierającą pisklęta pod swoje skrzydła. Na lotnisku sprawnie zakończono wszelkie formalności i z Bożą pomocą, wylecieliśmy o 6,30.
   Przelot do Moskwy był w zasadzie udany, ale nie wszystkim dostarczył jednakowych wrażeń. Bardzo martwił się i nawet nie chciał lecieć p. Seriebrennikow, a czuł się wspaniale. Za to młodsi nie zdawali egzaminu, słabnąc... Kiedy wznosiliśmy się niewysoko, a pod nami rozpościerały się pojedyncze chmurki, mówiłem: – W kołchozach gotują śniadanie i z potraw uchodzi para. Potem wznieśliśmy się na wysokość 3400 metrów i pod nami zaczęły rozciągać się niezapomniane widoki – podziwialiśmy nieprzerwane pasma białych obłoków, poukładanych w dziwaczne kształty. Nagle pojawiły się olbrzymie głowy cukru – to były obłoki – góry. Z góry widzieliśmy Wilno, Smoleńsk. Niespodziewanie rzuciło nas w pustkę i odczucie tego było bardzo nieprzyjemne. Na pokładzie piliśmy czarną kawę, jedliśmy czereśnie. Lecieliśmy około trzech godzin i czterdziestu minut bez żadnych postojów.
   Przybycie do Moskwy. Na lotnisku Wnukowo, 30 kilometrów od stolicy, powitali nas arcybiskup Dmitrowski Witalij, prot. N.F. Kolczycki, archimandryta Jeremija, proboszcz cerkwi domowej patriarchatu, S.I. Filippow, nasz opiekun. Przedstawiciel polskiej ambasady przydzielił nam po tysiąc rubli na drobne wydatki. Natychmiast zapoznaliśmy się z o. Kolczyckim, który odprawiał kiedyś w Czernihowie i bardzo dobrze znał archimandrytę Pachomiusza.
   Przyszło nam bardzo długo czekać, zanim obejrzą nasze rzeczy. Widząc jakieś spory z powodu znajdujących się w naszych bagażach ksiąg do nabożeństw, bardzo się zdenerwowałem i nawet zniszczyłem swoje notatki-materiały do kazań. Na Wnukowie był też zastępca przewodniczącego ds. Cerkwi prawosławnej przy Radzie Ministrów, tow. Wiełaszow. Teczek nie przeglądali, a tam znajdowały się referaty dla patriarchatu. Doskonałymi samochodami wyruszyliśmy w drogę i wkrótce dojechaliśmy do Moskwy. Dowiedzieliśmy się, że Patriarcha wyjechał do Troicko-Siergiejewskiej Ławry z okazji chramowego prazdnika i może nas przyjąć w poniedziałek, oficjalnie będzie rozmawiać tylko 22.
   W Moskwie umieszczeni zostaliśmy w hotelu Nacionalnoj (w rzeczywistości Nacional), na rogu ulicy Gorkiego i Ochotnyj Riad. Oddano nam do dyspozycji piękne apartamenty, w których mieszkaliśmy też podczas drugiego pobytu w Moskwie. Zaraz podano herbatę, którą rozpoczęto obiad. Mimowolnie staniesz się materialistą, jeśli wspomnisz moskiewską gościnność i życzliwość. Jeśli ktoś cierpi na anemię, niewątpliwie wróci do zdrowia, mieszkając w Nacionalnym. Ziemi oddałem wszystko ziemskie, mówi poeta, dlatego i ja powinienem zatrzymać się też na tym szczególe, żeby już do niego więcej nie wracać. Podejmowano nas niezwykle gościnnie – kawiorem, najwykwintniejszymi rodzajami mięs z łososia i jesiotra. Podawano też ser, masło, sucharki, konfitury, bułki, doskonały czarny chleb, najlepsze lody, wino stołowe – białe i czerwone (kaukaskie), moskiewską wódkę (w ograniczonych ilościach), kompoty. Przede wszystkim sięgaliśmy w nieograniczonych ilościach po wykwintną kaukaską wodę mineralną Borżom.
   Pierwsza wizyta w patriarchacie. Po herbacie, na której obecni byli niektórzy z tych, którzy powitali nas w Moskwie, udaliśmy się do patriarchatu (Moskwa 34, Zaułek Czysty 5). Udostępniono nam w czasie całego pobytu trzy świetne samochody. Oprowadzał nas S.I. Filippow, sekretarz patriarchatu ds. zewnętrznych – od kontaktów z zagranicznymi Cerkwiami. Byliśmy mu bardzo zobowiązani za troskliwą opiekę w komunikowaniu się z różnymi instytucjami i osobami podczas naszego pobytu w Moskwie. Budynek patriarchatu – niezbyt duży pałacyk, można powiedzieć mała ambasada. Ma w nim siedzibę Jego Świątobliwość, jego kancelaria, redakcja „Żurnała Moskiewskiego Patriarchatu”, służbowy gabinet prot. Kolczyckiego, gabinet metropolity Krutyckiego Nikołaja, domowa cerkiew, kilka innych sal. Wszystko bardzo dobrze urządzone. Dużo starych ikon można zobaczyć w domowej cerkwi.
   Władyka Nikołaj przyjął nas uprzejmie i powiedział, że sprawa autokefalii będzie rozpatrywana przez Jego Świątobliwość we wtorek, a w poniedziałek nastąpi przyjęcie naszej delegacji przez Patriarchę Aleksego. Powiedział też, że od 8 do 18 lipca odbędą się w Moskwie cerkiewne uroczystości z okazji 500-lecia autokefalii moskiewskiej Cerkwi i zostaną zorganizowane cztery komisje (watykańska, ekumenizm, anglikańska hierarchia oraz stary i nowy styl).
   Bogojawlieński Patriarszy Sobór na Jełochowce. Najpierw odwiedziliśmy go w czasie wsienocznego bdienia w dzień Świętej Trójcy. Podwieziono nas samochodami i staliśmy w ołtarzu, ale uprzednio całując święte relikwie metropolity, znajdujące się w sarkofagu po prawej stronie od carskich wrót. Świątynia utrzymana jest w idealnym porządku. Pracuje nad tym wiele monaszek – kierują ruchem, czytają pomianniki, pilnują świeczników, zamiatają (nawet po nabożeństwie), doglądają zachowania dzieci na solei. Pomaga w tym instytut diakonis. Byliśmy porażeni modlitewnym duchem, jakim byli przeniknięci duchowni i wierni. Służba Boża była zgodna z ustawem, wspaniała. Stichiry śpiewano razem z kanonami. Na prawym klirosie znajdowało się, jak mówiono, 130 chórzystów, a na lewym 90. Na solei widzieliśmy dużo podrostków i dzieci, czasem z matkami. Przypomniał mi się jeden chłopiec, mógł mieć osiem lat, modlący się wyjątkowo pięknie – wykonywał właściwie znak krzyża, głębokie pokłony do pasa. Chwała wychowującej go matce. Niestety, nie mogliśmy wystać wsienocznego bdienia do końca: w Warszawie wstaliśmy o czwartej rano, a na wsienocznym byliśmy w Moskwie. Zauważyliśmy, że do żarliwej jektienii specjalnie dodano słowa O bogochranimoj stranie naszoj i dalej: Da tichoje i biezmołwnoje żytie pożywiem wo wsiakom blagoczestii i czystotie. Świątynia była wypełniona po brzegi. Na prestole, w centralnym miejscu, przed ikonostasem stało bardzo dużo kwiatów, a były też tradycyjne brzózki. Zachwycił mnie o. N. Kolczycki swym przepięknym głosem, którym posługiwał się po mistrzowsku.
   Późno wróciliśmy do naszego hotelu, gdzie w dużym apartamencie władyki Tymoteusza czekała na nas obfita kolacja (sałatka, wykwintny łosoś, smażony jesiotr, plombir – najlepsze lody, wino, herbata). Dzień upłynął pełen wrażeń, dlatego szybko pozasypialiśmy, przedtem jednak spoglądając z okien naszego hotelu na piękny Kreml.
   Moskwa. Dzień Świętej Trójcy. Po męczącej podróży wstałem o 7 rano. O 10,30 byliśmy już w soborze, gdzie liturgię sprawował o. prot. N. Kolczycki w zielonych szatach. Podano nam dwie prosfory, żeby pomianut' za zdrowie i spokój dusz, co uczyniliśmy. Podczas czasów tropariony i kondakiony śpiewała cała cerkiew. Bardzo dobra innowacja! Imiona czytały monaszki na diakoniku, a młodszy duchowny wyciągał tylko cząsteczki. Zmieniłem go i wyciągałem potem cały czas podczas Liturgii. Prosfory były jakby wypieczone według różnych wzorów: z krzyżem, z literami, były też i bez pieczęci – upieczone w domu. Inne, a było ich bardzo dużo, podawano kawałeczki bułki, chleba, a ja z tych kawałków wycinałem cząsteczki. To przypominało pierwsze wieki – takie przynoszenie wiernych. Wielce wzruszały te proste kawałki, świadczące o głębokiej wierze przynoszących. Chór był zapełniony. Osobiście podobały mi się antyfony i błażenny. Okazałe były alliuary (wersety) po listach apostolskich. Przed wieczernią wszystkim nam wręczono piękne bukiety kwiatów, wśród których najmocniej pachniały róże. Obowiązkowo każdy odprawiający Liturgię także dostał róże. Modlitwy kolienoprekłonne o. Kolczycki czytał sam wszystkie, dając tylko odprawiającym po kolei wznosić wozgłasy. Wieczernię służył w starych, cennych, szatach. Wieczorem od 7 do 9 objeżdżaliśmy Moskwę samochodami. Byliśmy, między innymi, na przystani Chimki, skąd kanałem Moskwa-Wołga można dopłynąć do Astrachania. Podziwialiśmy nowe domy, wspaniałe, nowoczesne drogi asfaltowe: zwróciliśmy uwagę na dużą ilość księgarń. Spotykaliśmy na drodze ciężarówki i samochody, przyozdobione brzózkami, kwiatami. Widzieliśmy też zarysy monasterów Nowodziewiczego i Dońskiego.
   Dzień Świętego Ducha. Jeśli nie chodziliśmy do cerkwi, to słabo odczuwałem, że mamy święto. Dzięki wolnej chwili mogłem napisać i wysłać kilka listów z najbliższej poczty (ul. Gorkiego). Jest ona czynna przez całą dobę. Dużo na niej okienek i można podyktować telegram. Opłata pocztowa jest bardzo tania. Nawet za granicę (na przykład do Polski) słowo kosztuje 40 kopiejek.
   Pierwsza wizyta u Jego Świątobliwości Aleksego. Około godziny drugiej po południu pojechaliśmy do patriarchatu, gdzie czekali na nas o. Markow, o. Kolczycki, S.I. Filippow i biskup Nikon.
   Kiedy ujrzałem Jego Świątobliwość, od razu zwróciłem uwagę, że na fotografiach wygląda na bardzo siwego, a w rzeczywistości siwych włosów u niego nie tak wiele. Profesor Troicki był jak gdyby obrońcą spraw otieczeskich – św. kanonów. Co do mnie, Patriarcha powiedział, że jestem podobny do Pachomiusza i Awerkiusza. Świątobliwość zwrócił uwagę na małą liczbę biskupów. Powiedziano mu, że zamierzają oni oficjalnie zwrócić się do Jego Świątobliwości o rukopołożenie, podniesienie mnie do godności biskupiej, dlatego niezbędna jest zgoda polskiego rządu. My z kolei przedstawiliśmy swój referat odnośnie autokefalii. Jutro o godzinie 12 powinniśmy wracać z polskiej ambasady, a potem już przyjedziemy do patriarchatu.
   Wieczorem pojechaliśmy do Galerii Trietiakowskiej. Tam z przyjemnością podziwialiśmy słynne płótna wielkich malarzy. Oprowadzała nas bardzo miła i wykształcona przewodniczka. Galeria znacznie się powiększyła. Znajdują się tu dzieła rosyjskiej szkoły pisania ikon, jest też niemało płócien młodych rosyjskich malarzy. Doskonale, że galeria jest czynna do późnego wieczora, nawet do dwudziestej pierwszej. Widzieliśmy dużo zwiedzających przedstawicieli ludu robotniczego, zamiłowanie do sztuki dociera do szerokich mas.
   Wtorek, 22 czerwca. Rano wysłałem na poczcie siostrze Wierze 500 rubli. Potem pojechaliśmy do polskiej ambasady, gdzie pan ambasador w bezpośrednim połączeniu rozmawiał z Warszawą, prosząc pana ministra administracji publicznej Wolskiego; ten ostatni wydał zezwolenie na podniesienie mnie do godności biskupa wrocławskiego.
   Z taką odpowiedzią naszego rządu pojawiliśmy się w patriarchacie, gdzie znajdowali się wszyscy członkowie synodu, sześć osób: metropolita Nikołaj, o. Kolczycki, prof. Troicki i inni. Zwrócono uwagę, że nasz referat nie posiada daty i precyzyjnie skierowanej prośby do Matki Cerkwi o nadanie autokefalii, przy czym powinniśmy oficjalnie zrezygnować z nadanej przez Konstantypolitański Patriarchat i wystąpić jako Cerkiew autonomiczna.
   Kiedy wszystko to uczynimy, tzn. jeśli uznamy, że poprzednia autokefalia nie miała mocy prawnej, to możemy mieć nadzieję na otrzymanie kanonicznej autokefalii z Cerkwi rosyjskiej.
   Podpisaliśmy odpowiedni akt, a członkowie Synodu i Jego Świątobliwość natychmiast podpisali akt o nadaniu nam autokefalii z zastrzeżeniem omówienia postanowień Patriarchy i jego Synodu podczas Soboru Rosyjskiej Cerkwi (cdn)
   
   tłum. i opr. Anna Rydzanicz
   fot. archiwum Raisy Biegun
   

Opinie

[1] 2009-02-06 23:23:00 Stanislaw Dumin
Chcialbym nawiazac kontakt z autorami na prosbe dalekiego krewnego wladyki (mieszka w Moskwie)

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token