Numer 7(205)    lipiec 2002Numer 7(205)    lipiec 2002
fot.Marek Dolecki
Powrót na Podwałkę
Ałła Matreńczyk
- Żeby choć raz jeszcze pomodlić się na Podwałce - rozmarza się 80-letnia Maria Misiewicz. Do tej najstarszej warszawskiej cerkwi, co to nieopodal Zamku Królewskiego stała, rodzice nosili ją na poduszce. Papa Konstanty stawał za pulpitem regenta, mama Katarzyna śpiewała solówki. Chór był pierwszorzędny, na całą Warszawę.Tuż po wyzwoleniu pani Maria zastała przy
   Podwalu 5 tylko kupę gruzu. Później, ilekroć przechodziła tamtędy, mijała już dwupiętrową kamienicę, zbudowaną przez państwo. - Teraz Podwałka znów jest prawosławna?
   - upewnia się jeszcze.

   Kamienica przy ul. Podwale 5Pierwszego marca 2002 r. odzyskaliśmy posesję po cerkwi Świętej Trójcy w Warszawie, najstarszej prawosławnej świątyni stolicy.
   - Nie było to proste - przyznaje metropolita Sawa. Czerwcowy dzień zapowiada się pogodnie, w metropolitalnym ogrodzie zakwitły begonie, władyka jest na nogach już od piątej rano. - Starania rozpoczęliśmy przed trzema laty, jak tylko przyszedłem do Warszawy. Dzięki życzliwości dobrych ludzi odnaleźliśmy niezbędne dokumenty. Były w Płocku i stwierdzały jednoznacznie, że posesja jest nasza.
   Przez 127 lat, od 1818 r., stała na niej cerkiew Świętej Trójcy. W 1944 r. legła w gruzach. Po wojnie plac przejęło państwo, zbudowało dwupiętrową kamienicę, na piętra wprowadzili się lokatorzy, parter zajęły instytucje, a to komplikowało procedurę zwrotu.
   W końcu decyzja zapadła.
   - Jakie są nasze dalsze plany? - metropolita nie zastanawia się ani przez moment. - Pozostawimy prywatnych lokatorów, Fundacja Edukacji dla Demokracji opuści kamienicę przed końcem czerwca, do jej pomieszczeń przeniesie się druga instytucja, Społeczne Towarzystwo Oświatowe, a w zwolnionej części parteru urządzimy kaplicę z niekrępującym bocznym wejściem.
   Kaplicę Świętej Trójcy, na pamiątkę cerkwi, która tu wcześniej stała.
   Cerkiew urządzili kupcy greccy w zaadaptowanym budynku. Był rok 1818.
   Swym wyglądem bardziej przypominała długi dom niż cerkiew. Nie miała ani kopuł, ani dzwonnicy. Trzema bokami przylegała do sąsiednich budynków, miała tylko jedno wejście, boczne z północno - wschodniej strony. Nad nim wisiała nie duża ikona z napisem agia Trias i metalowy krzyż. I choć stała w centrum Warszawy, tak ze dwieście metrów od Zamku Królewskiego, nie wychodziła na ulicę, schowana była w podwórzu, jakby w ślad za przedrozbiorowymi polskimi zwyczajami, dotyczącymi niekatolickich świątyń.
   Fasada dawnej cerkwi Świętej TrójcyAle i tak greccy kupcy Stefan Dobrycz, Dadani, Tankowicz, Kirkow, Duczinskij, Duze, Pitta, Tomaszewski, Dziadzia, Grabowski, Lazari byli szczęśliwi. Pamiętali o tym, jak długo zabiegali o tę cerkiew ich przodkowie. Zjawili się nad Wisłą w połowie XVIII w., przed prześladowaniami Turków uciekając. I choć szybko rosła sieć ich sklepów i składów handlowych, bardzo długo nie mogli mieć cerkwi. "Nie i nie" ciągle odpowiadały polskie władze, aż w końcu zgodziły się jedynie na obecność prawosławnego duchownego, ale tylko mnicha, i tylko w charakterze "subiekta przy handlu". Pamiętali rok 1796 i swoją pierwszą kaplicę urządzoną w pałacu Sapiehów przy ul. Zakroczymskiej. I przejęcie jej w 1806 roku przez wojska Napoleona na szpital też pamiętali. Pamiętali i drugą swoją kaplicę - tę przy Koziej, w domu Mikołaja Dadaniego. Teraz w 1818 r. musieli się bardzo cieszyć.
   Budynek i jego adaptacja kosztowały niemało - 47313 polskich złotych i sześć groszy. Choć nieliczni - w 1828 roku w Warszawie było 36 Greków i 26 Greczynki - nie skąpili ofiar na ikony i utensylia cerkiewne.
   Ewangelię i księgi do nabożeństwa w języku greckim sprowadzili z Wenecji. Bogate brokatowe rizy, pozłacaną czaszę, ikony odkupili od wycofujących się spod Moskwy Francuzów, drogocenną płaszczenicę, wyszywaną złotem i srebrem - w Wiedniu.
   Przekrój, widok fasady i plan cerkwi Świętej TrójcyI już nie sami modlili się w swojej cerkwi, często przychodzili tu Rosjanie, bo w stolicy stawali się coraz liczniejsi.
   W latach 1818 - 1825 cerkiew Świętej Trójcy znajdowała się w jurysdykcji greckich biskupów Bukowiny, Węgier i samej Grecji. W 1825 roku przeszła pod jurysdykcję świętego synodu w Petersburgu, przez pierwsze dwa lata należała do diecezji mińskiej, a od 1827 roku - wołyńskiej. To już za sprawą ofiarności Rosjan w 1832 roku, w pięknie rzeźbionym bizantyjskim ikonostasie pojawiły się nowe ikony.
   Gdy dwa lata później do Warszawy przybył pierwszy biskup warszawski i nowogieorgijewski Antoni (Rafalski) , wikariusz diecezji wołyńskiej, właśnie tutaj na Podwalu odprawiał archirejskie służby.
   I choć niebawem w odkupionym od pijarów za niebagatelną sumę 53 576 rubli i 75 kopiejek kościele przy Długiej zostanie urządzona prawosławna katedra, w ślad za nią pojawi się w Warszawie ponad trzydzieści innych prawosławnych świątyń, Podwale nie przestanie odgrywać znaczącej roli.
   Po pierwszej wojnie światowej, w młodym państwie polskim ta rola jeszcze wzrośnie.
   - To była nasza cerkiew - wspomina Ksenia Grey, córka o. Bazylego Martysza, pierwszego kapelana prawosławnego Wojsk Polskich, męczennika ziemi chełmskiej, który wkrótce ma zostać kanonizowany. - Mieszkaliśmy na Chmielnej, na Podwałkę mieliśmy bliżej, na Pragę niełatwo było dojechać, funkcjonował wtedy tylko most Kierbedzia.
   Od drugiej połowy 1917 roku proboszczem cerkwi Świętej Trójcy był o. Antoni Rudlewski.
   - Wysoki, lekko zgarbiony, z długą siwą brodą - doskonale pamięta go o. Mikołaj Lenczewski. "Jestem synem powstańca styczniowego" - zwykł mawiać o sobie i jako jeden z nielicznych prawosławnych duchownych w 1915 roku nie wyjechał na Wschód. Pozostał w Łodzi. To dzięki niemu ocalały trzy piękne łódzkie cerkwie i najpiękniejsza w Polsce prawosławna rezydencja biskupia.
   Proboszcz cerkwi Świętej Trójcy Aleksander SubbotinZaraz po wojnie objął parafię na Podwalu. Gospodarny i praktyczny potrafił odzyskać dom parafialny. Wspomagał sierociniec na Woli oraz domy starców, pomagał materialnie studentom bez różnicy wyznań. Wielki mir miał wśród staroobrzędowców, także wśród swoich parafian.
   A było ich coraz więcej. Ogarnięta rewolucyjnym szałem Rosja wypędzała z kraju swych najlepszych synów.
   - Wsio eto wriemiennoje, wierniomsia na rodinu - lubił powtarzać papa Natalii Listowskiej. Był oficerem cara Mikołaja II, do Polski trafił z niemieckiej niewoli. Regularnie czytywał "Mołwu" i "Za swobodu", dwa wydawane w Warszawie rosyjskie dzienniki, za nic nie chciał posyłać córek do prowadzonych przez katolickie siostry przedszkoli i uważał podwalską cerkiew za swoją. Inni biali oficerowie myśleli podobnie. W dzień Ścięcia Głowy Jana Chrziciciela wkładali swoje mundury, przypinali medale i odznaczenia i szli na wojskowy cmentarz na Powązkach, na groby rodaków. Panichidę śpiewał podwalski chór.
   - A był pierwszorzędny - podkreśla Maria Misiewicz. - Kierował nim mój ojciec, potem Leonid Rusaniewicz. Papa miał wyższe wykształcenie muzyczne, staż skrzypka filharmonii i świetnych chórzystów, zawodowych śpiewaków. Solówki nieraz śpiewała Ksenia Grey, jej siostra Wiera, moja mama Katarzyna.
   Później o. Bazyli Martysz zaproponował Konstantemu Misiewiczowi pracę w Ministerstwie Spraw Wojskowych, w Biurze Wyznań Niekatolickich. Odkąd przy Ratuszowej 26 wybudowano cerkiew wojskową, ojciec pani Marii najpierw dyrygował wojskowym chórem, później wracał do siebie na Podwałkę.
   W 1937 roku Antoni Rudlewski odszedł na emeryturę, proboszczem parafii Świętej Trójcy został o. Aleksander Subbotin. W 1915 roku także nie wyjechał na Wschód, trafił do niemieckiej niewoli. Wcześniej, w latach 1898 - 1899, uczył religii w szkole przy monasterze w Leśnej.
   Obaj mieszkali tuż przy cerkwi Świętej Trójcy.
   Proboszcz cerkwi Świętej Trójcy - Antoni Rudlewski- Do cerkwi przylegały dwa parafialne domy, po lewej jednopiętrowy, po prawej parterowy - wspomina Maria Misiewicz. - W nich oprócz o.o. Rudlewskiego i Subbotina mieszkał wikariusz o. Gieorgij Łotockij, później o. Dymitr Sajkowicz, protodiakon Kostiuczyk, jego żona była dentystką, miała tam praktykę.
   W dwienadiesiatyje prazdniki duchowni zawsze zabierali chór na obiad do siebie, w ich mieszkaniach często zbierała się młodzież.
   Zresztą tu na Podwalu zawsze było dużo młodzieży, zwłaszcza odkąd na Miodową, do pałacyku rosyjskiej księżnej, przeniosła się rosyjska szkoła. Zarówno powszechna jak i gimnazjum.
   - Wystarczyło przebiec podwórze i już byliśmy w cerkwi - wspomina Natalia Listowska. - Moim pierwszym katechetą był o. Gieorgij Łotockij. Szkoła organizowała nam także letni wypoczynek, corocznie w jabłoczyńskim monasterze odbywały się pięciotygodniowe turnusy. Po raz pierwszy trafiłam tam jako czteroletnie dziecko i wtedy poznałam o. Mikołaja Lenczewskiego, wówczas studenta.
   W 1939 roku, w pierwszych dniach wojny, na cerkiew Świętej Trójcy spadła bomba. Dach stanął w płomieniach. Pożar udało się opanować dzięki pomocy sąsiadów, niezwykle dzielnie spisali się przy tym nastoletni chłopcy. Odtąd w każdy poniedziałek wieczorem odprawiano nabożeństwo dziękczynne z akafistem do Matki Bożej Pokrowy.
   - Wtedy nasze lekcje religii zaczęły odbywać się przy soborze na Pradze - wspomina pani Natalia. - W domu, zajętym dziś przez policję, a zbudowanym przecież m.in. ze składek naszych ojców i praojców, organizowaliśmy spotkania, spektakle, inscenizacje.
   W 1944 roku cerkiew Świętej Trójcy podzieliła los całego Starego Miasta. Na posesję spadła bomba krusząca. Pod gruzami zginął o. Gieorgij Łotockij z matuszką, małym synkiem i teściową.
   Ojciec Mikołaj Lenczewski zjawił się w Warszawie już po wyzwoleniu. Przyjechał na grób córki, na stałe związany był wówczas z łódzką parafią
   Z wyposażenia cerkwi ocalała tylko naprestolna Ewangelia- Poszedłem na Podwale, patrzę, a tam wielka wyrwa - wspomina. - Wszedłem do podziemi, pełno utwari było wszędzie. Wziąłem naprestolną Ewangelię, nie zniszczoną, miała tylko pękniętą główną ikonkę Woskresienija. Ciężka była, ledwo dałem radę przynieść na Pragę, choć byłem młody, silny...
   Ewangelia jest w soborze do dziś.
   Pani Maria Misiewicz dotarła na Podwale dużo później. - Teren był już połowicznie uprzątnięty, gruz zepchnięty w jedno miejsce. Zauważyłam jedynie fragmenty kafelków cerkiewnej podłogi. Żadnych utensylii cerkiewnych nie było.
   Z dnia na dzień kurczyła się prawosławna społeczność Warszawy. "Wszystkich prawosławnych i tak wywiozą z Polski" - takie słuchy chodziły po mieście. Zdezorientowani ludzie decydowali się na wyjazd na Wschód. Pełni nadziei wsiadali do pociągów, które wiozły ich od razu na Kołymę.
   Wyjechał i o. Aleksander Subbotin, przedtem w ruinach cerkwi Świętej Trójcy odnalazł swoją mitrę z napisem Az jesm' pastyr' dobryj. Dotarł do Odessy, tam go aresztowali, zginął.
   Wyjechał i o. Dymitr Sajkowicz, zginął w Równem.
   A przy Podwalu 5 wyrosła dwupiętrowa kamienica, na piętra wprowadzili się prywatni lokatorzy, dół zajęły instytucje.
   Czy ktokolwiek mógł przypuszczać, że posesja do nas wróci?

Opinie

[1] 2002-08-20 22:45:00 Piotrek
podoba mi się, że przegląd jest także dostępny w internecie
[2] 2007-05-25 23:22:00 Ágota Bay
Dear Editors,
this article is full of informations,very important for my family, as one of the founders of the Greek Holy Trinity curch (Dadani) is our relative.
I should like to contact the author of the article, or Metropolita Sawa. Could You send me their e-mail adress?
With many thanks and best wishes to You all,
Ágota Bay, Budapest, Hungary
[3] 2016-07-11 18:37:00 Maria
W tej cerkwi w 1935 r. był ślub mojego wuja, niestety wszystkie dokumenty - księgi metrykalne spaliły się w czasie Powstania. Takie artykuły są potrzebne, to fragment historii miasta i prawosławnych mieszkańców Warszawy.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token