Numer 12(246)    grudzień 2005Numer 12(246)    grudzień 2005
fot.
My i prawica
Eugeniusz Czykwin

   Powołanie rządu Kazimierza Marcinkiewicza zdominowało polityczne życie w październiku. Rząd powstał dzięki poparciu posłów Ligii Polskich Rodzin, PSL i Samoobrony. O ile poparcie LPR i coraz wyraźniej określającego się jako partia narodowo-katolicka PSL było do przewidzenia, to postawa Andrzeja Leppera dla wielu była zaskoczeniem. Szczególnie zaskoczeni mogą czuć się ci mieszkańcy gmin Czyże, Dubicze Cerkiewne, Orla, którzy w pierwszej turze wyborów prezydenckich głosowali na przywódcę Samoobrony (w gminach tych na Andrzeja Leppera głosowało odpowiednio 82, 77 i 74 proc.). W drugiej turze Andrzej Lepper wezwał swoich wyborców, by oddali głosy na Lecha Kaczyńskiego . Zdecydowana większość elektoratu Samoobrony usłuchała tego wezwania, co jak potwierdzają powyborcze badania - przesądziło o zwycięstwie kandydata Prawa i Sprawiedliwości. Jedynym wyjątkiem były gminy południowo-wschodniej Białostocczyzny. Tu w drugiej turze zdecydowanie wygrał Donald Tusk (w gminie Czyże głosowało na niego 82, w Orli 74 proc.), Lech Kaczyński otrzymał śladową liczbę głosów.
   Pragnący zinterpretować zachowanie mieszkańców lokalni komentatorzy politycznych wydarzeń poczuli się bezradni. Dotychczas wszystko, przynajmniej dla nich, było proste. Prawosławni Białorusini są przyspawani do lewicy. Głosują na uznawanego za swego Włodzimierza Cimoszewicza i żadnego nie związanego z ich społecznością polityka nie poprą. A tu proszę, poparli liberała, lidera partii ludzi zamożnych.
   W zamieszczonym stronę wcześniej tekście profesor Małgorzata Kowalska wyjaśnia ten fenomen. Pani profesor pochodzi z mojej Orli, zna więc mentalność i polityczne motywacje mieszkańców nie z okazyjnych dziennikarskich wizyt, a z autopsji. Jej spostrzeżenia są trafne. Prawosławni, starsze pokolenie bardziej, młodzi mniej, obawiają się państwa z jednoznacznym narodowym i katolickim obliczem, obawiają się, że w swoim państwie będą traktowani jako obcy.
   Nietrudno wskazać przyczyny tych lęków. Tkwią one w odległej historii, kiedy to Kościół katolicki przy pomocy państwa podejmował próby podporządkowania sobie prawosławnych. Starsi pamiętają barbarzyńską akcję burzenia cerkwi na Chełmszczyźnie i Podlasiu w 1938 roku.
   Również w najnowszych czasach część polskiej prawicy demonstrowała jeśli nie wrogość, to wyraźną niechęć wobec zamieszkujących w Polsce mniejszości narodowych. Jedną z pierwszych decyzji premiera Jerzego Buzka było cofnięcie, na wniosek podlaskich posłów AWS, przyznanej przez ustępującego z funkcji premiera Włodzimierza Cimoszewicza dotacji na remont supraskiej ławry. Kluby PiS, LPR, PSL zaciekle przeciwstawiały się uchwaleniu ustawy "o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz języku regionalnym". W ostatecznym głosowaniu przeciwko opowiedzieli się posłowie Samoobrony z Andrzejem Lepperem na czele. Podobnie było przy nowelizacji ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania, która zrównywała prawa Kościoła prawosławnego z innymi Kościołami i związkami wyznaniowymi.
   Przypominając nieprzychylne wobec mniejszości działania prawicy, należy też pamiętać o pozytywnych stronach tych stosunków. Należą do nich wspieranie dotacjami, także przez rząd Jerzego Buzka, remontu supraskiej ławry. Tegoroczną dotację na ten cel (1,5 mln zł) przegłosowali także posłowie PiS, LPR i Samoobrony. Posłowie wszystkich prawicowych klubów poparli uchwałę, jaką Sejm jednogłośnie przyjął po kolejnej, w marcu 2004 r., fali burzenia i podpaleń prawosławnych świątyń i monasterów w Kosowie. Zróżnicowany jest stosunek polskiej prawicy do politycznej rzeczywistości w Rosji i na Białorusi - część posłów LPR nie głosowała za uchwałami potępiającymi Białoruś.
   Prof. Kowalska kończy swój tekst wyrażeniem nadziei, że nowy prezydent okaże się dostatecznie liberałem, a nade wszystko dostatecznie demokratą, by obywateli Polski nie dzielić wedle klucza wyznaniowego czy etnicznego.
   Podzielając tę nadzieję, wątpię jednocześnie w to, czy Lech Kaczyński, i szerzej obecny rząd podejmą jakieś szczególne gesty. Będący u władzy prawicowi politycy - jestem o tym przekonany - nie będą czynili też nic, co naszej społeczności mogłoby szkodzić.
   W Polsce prawa mniejszości narodowych, a także prawa Kościołów, z uwagi na liczbę wiernych zwanych "mniejszościowymi", są dobrze chronione. Zmiana obowiązujących ustaw, a tym bardziej konstytucji, po to tylko by dokuczyć liczącym zaledwie 2 proc. ogółu obywateli - tyle deklarują inną niż polska narodowość - mniejszościom, byłaby polityczną nieodpowiedzialnością, przyniosłoby też wymierne straty wizerunkowi Polski w opinii międzynarodowej.
   W swoim expose premier Marcinkiewicz nic nie wspomniał o mniejszościach. Odbieram to jako zapowiedź niezmienionej, więc w sumie korzystnej, polityki nowego rządu wobec mniejszości. Fakt, że wszyscy posłowie PiS głosowali za moją kandydaturą na przewodniczącego sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych, odczytuję jako chęć układania poprawnych relacji z mniejszościami.
   Prawica - i będę do tego przekonywał w pierwszej kolejności marszałka Sejmu - może też podjąć kroki zmierzające do zmiany istniejących, nieprzychylnych wobec niej, ocen mniejszości. Z pewnością takim krokiem by-łaby uchwała Sejmu potępiająca barbarzyńską akcję na Chełmszczyźnie i Podlasiu w 1938 roku. Lech Kaczyński i nowy rząd może też poprawić stosunki z naszymi wschodnimi sąsiadami. Do tego potrzebna jest wola, ale także wyzbycie się obecnego w dużej części polskich elit, jak określił to prof. Andrzej de Lazari - przekonania o przynależności do "wyższej rasy czy wyższej rangą cywilizacji".
   

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token