Numer 12(246)    grudzień 2005Numer 12(246)    grudzień 2005
fot.
Sąd nad świętym Maksymem
Michał Bołtryk
Od 9 marca do 6 czerwca 1914 r. toczył się we Lwowie proces o. Maksyma Sandowicza i jego trzech towarzyszy - Szymona Bendasiuka, o. Ignacego Hudymy i Bazylego Kołdry. Wiemy, co było potem: uniewinnienie oskarżonych. W sierpniu wybuchła pierwsza wojna światowa, a 6 września 1914 roku o. Maksyma rozstrzelano na dziedzińcu sądu w Gorlicach. 7 czerwca 1994 roku Sobór Biskupów naszej Cerkwi ogłosił o. Maksyma Sandowicza świaszczennomuczenikom za "jego męczeńską śmierć i z uwagi na Jego powszechny kult wśród Ludu Bożego". Uroczystości kanonizacyjne odbyły się 10 i 11 września 1994 roku w Gorlicach, miejscu męczeńskiej śmierci o. Maksyma. 6 września (nowy styl) jest dniem pamięci świętego.
   
   
   STOSUNKI MIĘDZY DWORAMI
   
   Kilka miesięcy przed wojną życie dyplomatyczne i dworskie toczyło się jak gdyby nigdy nic.
   "Słowo Polskie" w kronice dyplomatycznej informowało czytelników: Z Aten. Następca tronu przygotowuje się do wyjazdu do Bukaresztu w ciągu najbliższego miesiąca. Tak więc, doniesienia pism zagranicznych o rzekomem zerwaniu zaręczyn następcy tronu z księżniczką rumuńską Elżbietą nie zasługują na uwagę.
   Z Wiednia. Przybyła właśnie tu księżna Maria Pawłówna. Powitali ją na dworcu arcyksiężna Maria Teresa i ambasador rosyjski Szebeko. Na cześć księżnej Mafii Pawłówny odbył się u arcyksiężnej Izabeli obiad, w którym wzięły udział arcyksiężne oraz członkowie dworu, .
   Z Kołomyi. Arcyksiążę Karol Franciszek Józef wraz z arcyksiężną Zytą szykowali się do podróży do Kołomyi. W mieście tym stacjonował szwadron pułku dragonów. Pułk miał świątować 250-lecie. Na ten jubileusz szykowało się arcyksięstwo.
   Z Berlina. "Lokal Anceiger" donosił, iż odwiedziny cara Mikołaja na dworze szwedzkim odbędą się latem. Podróż będzie miała na celu przywrócenie dobrych stosunków między Rosją a Szwecją, zamąconych w ostatnich czasach.
   Z Petersburga. "Riecz" twierdzi, że angielska para królewska lub co najmniej sir Grey jeszcze przed jesienią odwiedzi dwór petersburski.
   Tak więc życie wyższych sfer toczyło się koleinami ustalonymi przed wiekami.
   A we Lwowie oczekiwano na przyjazd i przesłuchanie w procesie o "zdradę stanu" Arnolda Duliskovicsa, inspektora policji granicznej w Budapeszcie.
   
   AGENT DULISKOVICS
   
   Arnolda Duliskovicsa miano przesłuchiwać podczas czterdziestego siódmego dnia rozprawy. Postać Duliskovicsa wzbudziła duże zainteresowanie.
   Sala sądowa zapełniła się widownią po brzegi.
   Niestety, przybyłych czekał zawód. Przesłuchanie świadka, z nieznanych powodów, odroczono do dnia następnego.
   W czterdziestym ósmym dniu rozprawy znów salę szczelnie wypełniła publiczność. Na rozprawie zjawił się nawet prezydent Lwowa, pan Kilian.
   Wśród dużego zainteresowania - opisuje sprawozdawca sądowy "Słowa Polskiego" - wchodzi na salę świadek Arnold Duliskovics, znany z procesu w Marmarosz Sziget, mężczyzna młody, przystojny, rosły, ciemny blondyn, o gęstej czuprynie z przedziałkiem na boku i małym ciemnym wąsie, ubrany w czarne ubranie marynarkowe.
   Obok Duliskovicsa, przy osobnym stoliku, zasiadł tłumacz języka węgierskiego Edmund Bruckner , urzędnik kolejowy.
   Było jasne, że zeznania świadka będą składane w języku węgierskim.
   Obrońcy oskarżonych chcą, aby Duliskovics zeznawał w języku ruskim.
   Mecenas dr Dudykiewicz uzasadnia: - Świadek włada językiem ruskim i niemieckim, działał wśród ludności ruskiej na Węgrzech, był w Rosji w monasterach. Chcemy, aby świadek zeznawał w języku ruskim, zrozumiałym dla wszystkich.
   Powstaje zabawna sytuacja. Przewodniczący składu sędziowskiego za pośrednictwem tłumacza przedstawia postulat mecenasa Dudykiewicza. Świadek Duliskovics poprzez tłumacza odpowiada: - Językiem niemieckim nie władam. Mówię po rusku, ale w narzeczu tu niezrozumiałym. Po rosyjsku zeznawać nie chcę. Będę zeznawać tylko po węgiersku.
   I zaczyna podawać swoje dane: - Arnold Cirin Duliskovics, lat 29, religii grekokatolickiej, stan wolny, zamieszkały w Budapeszcie. Aktualnie inspektor detektywów pogranicznej straży węgierskiej.
   - Czy świadek zna oskarżonych? - pyta przewodniczący trybunału.
   - Nie znam - odpowiada Duliskovics.
   Znów reaguje obrońca dr Dudykiewicz: - Sprzeciwiam się zaprzysiężeniu świadka - oświadcza. - A to dlatego, że pała on najwyższą nienawiścią do oskarżonych. Ponadto świadek podniecał ludność ruską.
   Przewodniczący trybunału karci mecenasa Dudykiewicza: - Nie pozwalam w ten sposób przemawiać. To jest obrażające dla świadka.
   Świadek zostaje zaprzysiężony, a mecenas Dudykiewicz ukarany przez trybunał grzywną 50 koron za publiczną "obrazę".
   Ale i podczas zaprzysiężenia dochodzi do językowych problemów. Tłumacz przekładał słowa przysięgi na język węgierski. Niestety, świadek ma wątpliwości co do ścisłości określeń węgierskich. Dochodzi do tego, że oświadcza, iż złoży przysięgę w języku ruskim.
   Sytuację wykorzystuje mecenas Dudykiewicz, usiłując nakłonić świadka, aby ten zeznawał po rusku.
   Duliskovics powtarza motywy odmowy: - Język "ruteński" nie jest językiem literackim, a po rosyjsku i tak nikt tu nie rozumie.
   Zaczyna zeznawać po węgiersku. I znów powtarza się historia, jak na początku. Tłumaczenie z węgierskiego na polski Duliskovicsowi nie odpowiada. Przerywa więc zeznanie po węgiersku i zeznaje mieszaniną języka ruskiego w narzeczu używanym w północnych Węgrzech i języka rosyjskiego, a brakujące wyrazy uzupełnia językiem węgierskim. Tłumacz przekłada to na język polski. Tak więc zeznania odbywają się głównie przy pomocy tłumacza języka rosyjskiego pana Filipowskiego.
   Przesłuchanie świadka - zauważa sprawozdawca sądowy "Słowa Polskiego" - zajmie niewątpliwie kilka dni, a to ze względu na tłumaczenie jego zeznań. Jeszcze więcej czasu zajmie tłumaczenie pytań stawianych przez prokuratora i obronę, a potem odpowiedzi świadka.
   I tak się stało.
   Posłuchajmy, co zeznawał świadek.
   
   ZEZNANIA DULISKOVICSA
   
   W zeznaniach przewijają się nazwiska znanych ówczesnych działaczy rusofilskich i polityków: hrabiego Bobrińskiego , dr. Aleksandra Gierowskiego , posła Markowa...
   Agent Duliskovics, jak się okazuje, miał dobre przygotowanie do rozpoznania sytuacji wśród prawosławnych w Galicji, jak też w Rosji. A to dlatego, że cztery lata studiował teologię - dwa lata w Ameryce, rok w Ungwarze, rok w Budapeszcie. Potem odbył rok studiów prawniczych. Dyplom otrzymał w szkole w Koszycach. Po studiach był pomocnikiem "notara" (sekretarza gminnego na Węgrzech), następnie wybrano go "notarem". Przed dwoma laty, czyli w 1912 roku, ministerstwo zaangażowało go do służby policyjnej.
   I tak to się zaczęło.
   - Na polecenie moich władz - opowiadał świadek - miałem dokonać rozeznania wśród ludności ruskiej i zbadać, czy tam jest prowadzona agitacja religijna, czy polityczna. W tym celu udałem się do różnych działaczy, znanych mi ze studiów uniwersyteckich. Chcieli on założyć kółko rusofilskie. Przedstawiłem się jako nacjonalista ruteński. Koledzy rusofile poinformowali mnie o ruchu moskalofilskim, a także dali listy polecające do dr. Gierowskiego w Czerniowcach, biskupa Antoniego i monasteru w Poczajowie.
   Gierowski miał dać Duliskovicsowi rekomendacje do hrabiego Bobrińskiego w Petersburgu.
   - Przybyłem do Gierowskiego - opowiada świadek - i pokazałem mu listy polecające. Gierowski je przeczytał. Potem zaprowadził mnie do osobnego pokoju i zamknął drzwi na klucz. Gierowski ściszonym głosem powiedział: - W Galicji i na Bukowinie rusofile mają swoją organizację, swoje czytelnie, szkoły, gazety, banki, swoją inteligencję. Niestety, na Węgrzech stawiamy dopiero pierwsze kroki, nie ma tam inteligencji ruskiej. A ta, która jest boi się, bo jest zależna od rządu węgierskiego, boi się utracić chleb. Trzeba tam wychować własną inteligencję, niezależną od rządu. Trzeba zakładać szkoły, tajne bursy, aby tam wychowywać młodzież w duchu "russkim". Na uniwersytecie jest młodzież w duszy "russka", ale trzeba jej założyć związki. Ty, po powrocie z Rosji, będziesz to robić. Zaczniesz od założenia gazety, a potem towarzystw ekonomicznych.
   - Trudno to będzie realizować bez pieniędzy - zauważył przytomnie Duliskovics.
   - Nie martw się - powiedział Gierowski. - Pieniądze dostaniesz od hrabiego Bobrińskiego. Mam upoważnienie, aby ci to oświadczyć.
   W Rosji nie brak na to pieniędzy. Tak samo robiliśmy na Bukowinie. Tam Rosja dawała pieniądze, ale poprzez Rumunię. Niestety, Rumuni nie byli zbytnio lojalni. Za pieniądze rosyjskie na Bukowinie realizowali swoje cele.
   - Jednak zanim wyjedziesz do Rosji - radził Gierowski - udaj się między naszych ludzi i zbierz informacje, które przedstawisz hrabiemu Bobrińskiemu w Petersburgu.
   Z kartką polecającą agent Duliskovics udał się między lud.
   - Zacznij od włościan - radził Gierowski. - Włościanie nie rozróżniają religii od polityki i uważają, że wszystko co prawosławne, to "russkie". Tak więc, jeśli zdołamy zakorzenić pośród nich prawosławie, to osiągniemy także cele polityczne.
   I Duliskovics z listem polecającym od Gierowskiego wędrował po wsiach. Rozmawiał z włościanami, uczestniczył w nocnych, tajnych, zebraniach.
   - W jednej wsi - mówił - chłopi prosili mnie, abym wyjednał u hrabiego Bobrińskiego prawosławnego duchownego.
   Duliskovics nie powiedział, gdzie prosili. Ale ta informacja niosła poważne konsekwencje dla oskarżonych duchownych o. Maksyma Sandowicza i o. Ignacego Hudymy.
   Po powrocie z terenu włościańskiego Duliskovics otrzymał rekomendacje do różnych osobistości świata słowiańskiego na Węgrzech i w Wiedniu. Listy polecające dr. Gierowskiego wszędzie otwierały drzwi przed agentem. Wreszcie był gotowy do wyjazdu do Petersburga. W bezpieczny przejazd Duliskovicsa było zaangażowanych wielu ludzie - dyplomaci rosyjscy, kurierzy, konsul rosyjski w Berlinie, sekretarz konsulatu w Królewcu...
   Z listami polecającymi dojechał do Królewca. Tam otrzymał paszport, jako prawosławny obywatel Petersburga. Dodatkowo sekretarz konsulatu w Królewcu dał Duliskovicsowi list do rosyjskiej straży.
   Wygląda na to, że agent Duliskovics cieszył się całkowitym zaufaniem. Zaraz po otrzymaniu wszystkich listów Duliskovics sfotografował je i przekazał austirackiemu detektywowi, który mu towarzyszył.
   Po przybyciu do Petersburga Duliskovics zauważył, że jednak jest śledzony przez policję. Skontaktował się więc z dr. Gierowskim. Ten dał znać o wszystkim hrabiemu Bobrińskiemu. Bobriński dał więc Duliskovicsowi swoją wizytówkę, na której napisał: "To nasz człowiek".
   Odtąd agent Duliskovics bawił w Petersburgu bez przeszkód ze strony rosyjskiej tajnej policji.
   Tak więc spotykał się i prowadził rozmowy z hrabią Bobrińskm, bywał w redakcji "Nowoje Wremia", rozmawiał o zakładaniu "russkich" organizacji na Węgrzech i takichże gazet.
   W czasie tego pobytu był także na koncercie z okazji jubileuszu Romanowych.
   - Wszystkie przemówienia - zeznawał Duliskovics - były w duchu antyaustriackim.
   Na spotkaniu przed odjazdem z Petersburga do Budapesztu Duliskovics przedstawił Bobrińskiemu projekt wydawania gazety z kosztorysem 33 000 koron rocznie. Na odjezdnem otrzymał od hrabiego Bobrińskiego 800 rubli. Połowę miał przeznaczyć dla adwokata broniącego posła Bobrińskiego, drugą połowę na agitację rusofilską i koszty założenia kółka studentów. Z tych pieniędzy Duliskovics kupił bilet z Petersburga do Budapesztu. Resztę, po powrocie, oddał swoim przełożonym.
   Duliskovics podczas pobytu w Petersburgu zrobił dobre wrażenie. Zaufali mu wszyscy, z którymi się spotykał. Hrabia Bobriński tak mu uwierzył, iż via Wiedeń przesłał mu do Budapesztu książki rosyjskie dla kółek, jakie miał zakładać na Węgrzech. Hrabia radził dodatkowo, aby Duliskovics wynajął lokal na czytelnię i napisał, ile będzie wynosił czynsz. Przyszlemy pieniądze - zapewniał.
   Duliskovicsowi austriackie służby jeszcze raz zleciły wyjazd do Petersburga. I Duliskovics tam się udał w 1913 roku.
   Polecono mu przejazd nie przez granicę austriacką, lecz przez Toruń-Aleksandrowo. Rosjanie poprosili, aby Duliskovics przywiózł ze sobą kilku studentów, którzy są w duszy "russkimi", aby ci po powrocie do Węgier mogli działać w ruchu moskalofilskim. Hrabia Bobriński zawiadomił policję, aby ta nie czyniła przeszkód, albowiem goście jechać będą bez paszportów.
   Jednak Duliskovics wymusił uzyskanie paszportów. - Chciałem mieć dowody na działalność agentów moskalofilskich - wyznał Duliskovics w śledztwie.
   Zanim dojechał do Petersburga, Duliskovics bawił w Warszawie. Chciał tam odnaleźć słowackiego działacza uczącego rosyjskich oficerów węgierskiego języka. To mu się nie udało, bo nawet policja nie wiedziała, gdzie profesor od języka węgierskiego mieszkał.
   Z Warszawy agent udał się do Kijowa. Był grudzień 1913 roku. W Kijowie otrzymał instrukcję, iż ma czekać tu na przyjazd hrabiego Bobrińskiego.
   W Kijowie spotkał się z prof. Jaworskim , pochodzącym z Galicji. Profesor, uprzedzony o wszystkim przez Bobrińskiego, ostrzegał Duliskovicsa: - Bądź pan ostrożny, Werginowi, redaktorowi gazety "Nowoje Wremia" na zjeździe w Belgradzie rozbito głowę.
   Bobriński przysłał Duliskovicsowi do Kijowa 60 rubli na drobne wydatki i kazał czekać na siebie.
   Ale ten się nie doczekał. W tym czasie aresztowano Gierowskiego. Duliskovics otrzymał z domu depeszę następującej treści: "Matka chora".
   To oznaczało, że agentowi grozi niebezpieczeństwo. Centrala w ten sposób ostrzegała swojego pracownika.
   W nieznany dla nas sposób jeden z korespondentów Duliskovicsa dowiedział się, iż ten jest pracownikiem tajnej policji. Tenże krespondent napisał o swym odkryciu do Rosji. Ale detektywi węgierscy czuwali. Dowiedzieli się o wysłaniu listu do Rosji i natychmiast zatelegrafowano do Duliskovicsa: "Matka chora".
   Zabrakło dwóch tygodni do spotkania w Kijowie z Bobrińskim. Wtedy Duliskovics miał otrzymać od hrabiego 35 tysięcy rubli na wydawanie gazety i bursę.
   Kto wie, może te ruble były pułapką zastawioną na austriackiego agenta? Ale detektywi węgierscy byli szybsi i sprawniejsi.
   Agenta Duliskovicsa wycofano. Teraz jego zeznania miały posłużyć w montowanej od kilku lat sprawie o "zdradę stanu".
   cdn
   

Opinie

[1] 2005-12-27 15:41:00 Zbigniew Siatkowski
To bardzo ważna i użyteczna publikacja. Warto z zaciekawieniem czekać na jej dalszy ciąg. A w dodatku jest jedną z wielu korzystnie zwracających na siebie uwagę w tym naprawdę świetnie zredagowanym grudniowym numerze "Przeglądu". Jak widać, dobra passa miesięcznika trwa.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token