Numer 12(246)    grudzień 2005Numer 12(246)    grudzień 2005
fot.
Ślady wyrwane z zapomnienia
Grzegorz Jacek Pelica
W książce Aleksandra Borowika i Andrzeja Borowika "Tragiedija Chołmszczyny", wydanej w 2004 roku w Równem, swoimi świadectwami dzielą się m.in. Aleksy Stachurski pochodzący z Cześnik, Aleksy Hucz z Rakówki, o. Włodzimierz Medwid ze Żmudzi i autorzy opracowania. Wypędzeni pod koniec II wojny prawosławni z Grodysławic śpiewali:
   Kraju miłyj, seło ridnie, my was pokidajem, Ta my idem na cziużinu, dolieńku szukajem. Budiem nesti Krest’ Gospodnij, budiemo terpity, Maty Boża nam pomoże, bo my Jiji dity...
   Dla nich deportacja rozpoczęła się już późnym latem 1944 roku: - Na stacjach wysiedleni tygodniami oczekiwali pod gołym niebem, zaznawali grabieży, cierpieli głód i chłód. Do towarowych wagonów wpędzani wraz z bydłem. Na Zaporoże ciągnęliśmy prawie cały miesiąc... Wysiadając nie spotkali większości znajomych rodzin, celowo rozdzielani, aby władza sowiecka nie miała z nimi kłopotów. W miejscach osiedlenia większość chat była spalona. Jeśli ktoś miał krowę-żywicielkę, był uratowany. Jeśli nie, Boży ludzie pomagali sierotom.

   
   Kiedy po nas zamiotą...
   
   Wraz z ukraińskimi dziennikarzami Anatolijem Fiedorowiczem Gumieniukiem z Równego (Ukraińska Niezależna Agencja Informacyjna Wiadomości) i Haliną Kowaliuk z Nowowołyńska słuchamy wspomnień turkowickich pątników, którzy 15 lipca 2005 roku przybyli na Hrubieszowszczyznę, aby modlitwą i łzami opatrzyć to, co w ich pamięci bolesne i krwawiące. Pielgrzymi ze Lwowa, Równego, Nowowołyńska, Łucka, Dniepropawłowska...
   Przyjechali, aby dotknąć kraju utraconego, ziemi, po której stawiali pierwsze niemowlęce kroki i w której spoczywają ukochane kosteczki bliskich. Tu uczyli krestitisia i w oczach Turkowickiej Bogarodzicy szukać pociechy i umocnienia. Nawet zawirowania podziałów w obrębie Kościołów na Ukrainie nie były w stanie wymazać z serca tych więzi. Już niektórzy duchowni nie wejdą do prestoła, modląc się wśród wiernych tymi samymi modlitwami i wzywając innych, niekanonicznych, władyków. Ale adorują tę samą Matkę. Niejeden ukraiński ruczniczok spowił ukochaną ikonę lub krzyż w hrubieszowskiej cerkwi i w turkowickim borku.
   Anatolij Josifowicz Łukasiuk pochodzi z Wronowic koło Kolonii Pasieki. Jeszcze kilka lat temu bałby się ujawnić swoje nazwisko, a kilkanaście przekroczyć polską granicę. Dzisiaj śmiało szuka śladów, dopytuje się o nie bywalców turkowickich uroczystości.
   - Nas wywieźli do Dniepropawłowska - wspomina z wielkim wzruszeniem. - Miałem wtedy [1944 r. - GJP] osiem lat. Chrzczony byłem w Turkowicach przez władykę [prawdopodobnie biskupa Sawę Sowietowa - GJP]. Mojej rodzinnej wioski już nie ma. Ślad mi się urwał właśnie tutaj, bo mama mówiła, że kiedy nawet wszystkie ślady po nas zamiotą, to zostanie wiara i Turkowicka Ikona, do której będzie można zawsze wrócić. Mój ojciec Józef Łukasiuk wcielony został w trakcie transportu przymusowo do Ar-mii Czerwonej. Najpierw wydawało się nam, że to dobrze, bo uniknął rozliczenia za wojnę - był przecież prawosławny, a do tego Ukraińcem, choć do żadnej polityki ani partyzantki się nie zapisał. Potem przyszło pismo, że zginął w tym samym roku w Żaganiu. Tam jest pochowany na wojskowym cmentarzu. Nas zabrali bez niczego, bez środków do życia, już w końcu stycznia 1945 r. Prawie dwa miesiące tułaczki w środku zimy. Matka z drobnymi dziećmi... Starsi przeklinali parobków Stalina, Hitlera, wszystkich oprawców.
   Co z tego, że nowe tereny Ukrainą się nazywały, a oni Ukraińcami?
   W nowej ojczyźnie, w której nigdy dotąd nie postała noga ich przodków, głodne sieroce głosy łkały w ziemiankach rzewną kolędową melodię:
   Mamo, a de nasz tato
   dity sia pytajut.
   Czomu z namy ne sidajut,
   czom’ ne weczeriajut.
   Tata worohi wbiły, seła popalyły.
   Ti proklatyja łycary ruiny liszyły.
   Des daleko wid domu,
   w dalekoj cziużyni,
   Wspominajut swiatyj weczir
   w naszyj ridnij Ukraini...

   Po poświęceniu wody Anatolij Łukasiuk próbuje rozpoznać zapamiętane Turkowice. Nie jest łatwo. Gdzie cerkiew? Zapytany pan Włodzimierz z okolic Łucka wyjaśnia: - Tu, gdzie ten lasek, w samym środku stała cerkiew.
   Pomiędzy pamiątkowym krzyżem, ustawionym na skraju borku, młodszego wiekiem niż większość przybyszów z Ukrainy, a figurą św. Józefa na skwerze przy boisku szkolnym w Turkowicach, na parohektarowej przestrzeni rozciągał się teren monasteru. Tuż obok miały klasztor siostry ze zgromadzenia rzymskokatolickiego, które ściągnięte tutaj zostały w latach dwudziestych w celu polonizacji i latynizacji ludności.  Kiot z 1880 roku z progimnazjum w Hrubieszowie. Obecnie w hrubieszowskiej cerkwi parafialnej
   Kiedy zaczęło dochodzić do niezamierzonej przez likwidatorów prawosławia koegzystencji i odrodzenia prawosławia, pomimo planów neounii, przygotowano Akcję Koordynacyjną i nastał 1938 rok...
   Nowo powstała (1929-1936) cerkiew, w której Anatolij Łukasiuk był ochrzczony, została zniszczona.
   Już 28 września 1923 roku ówczesny metropolita warszawski i wołyński i całej Cerkwi prawosławnej w Polsce Dionizy Waledyński zwrócił się do Ministerstwa Wyznań i Oświecenia Publicznego w Warszawie z pro-śbą, w której czytamy m.in.: "Święty Synod wie, iż ludność rzeczonej diecezji (chełmskiej) pragnęłaby obecnie wznowić działalność żeńskich klasztorów. Święty Synod nie może przemilczeć tego gorącego życzenia dlatego jeszcze, że niedaleko granicy polskiej w Klasztorze Trzygórskim na Wołyniu Sowieckim przebywa 35 mniszek i nowicjuszek byłego klasztoru turkowickiego. Wszystkie one gorąco pragną powrócić do swego klasztoru, a pochodzą z terytorium Rzeczypospolitej. Biorąc pod uwagę, że klasztor turkowicki powiatu tomaszowskiego jest pochodzenia czysto prawosławnego i że nie został on uszkodzony przez wypadki wojenne, a także mając na widoku życzenie wiernych i obecność sióstr tego klasztoru, Święty Synod Metropolii Prawosławnej w Polsce na posiedzeniu swym dnia 1.09.1923 r. postanowił zwrócić się do rządu z prośbą o pozwolenie na wznowienie działalności klasztoru turkowickiego i na powrót sióstr tego klasztoru z Wołynia sowieckiego do Polski".
   Nie udało się wyjednać zgody rządu RP na oficjalne reaktywowanie życia zakonnego. Interweniował przecież lubelski wojewoda i czynniki kościelne.
   Partyzanckie, a mówiąc językiem teologicznym, misyjne działania były prowadzone przez siostrę Magdalenę Trojczuk i o. hieromnicha Atanazego Martosa oraz trzy mniszki.
   Materialnie wspierali działalność duszpasterską metropolita, biskupi Antoniusz, Aleksy, Sergiusz, Szymon, Sawa oraz miejscowa ludność i czciciele Turkowickiej Ikony, przybywający na odpusty w latach poprzednich.
   W 1929 roku odbył się wielki odpust prawosławny ku czci Turkowickiej Ikony Bogarodzicy, na który furmanki jechały z całego województwa i z zabużańskiego Wołynia. Uroczystość przyciągnęła nie mniej niż pięć tysięcy uczestników [relacje z archiwum MWRiOP od starosty powiatowego - GJP].  obelisk z krzyżem w miejscu, gdzie stał turkowicki monaster
   Natomiast wskrzesiciele życia monastycznego w Turkowicach pismem z 2 maja 1930 roku poinformowali metropolitę Dionizego, że nowa cerkiew prawie już gotowa.
   W pisanym po ukraińsku piśmie znajdujemy prośbę, aby metropolita nakazał o. protoprezbiterowi Bazylemu Martyszowi wydać ikonostas, który pochodzi z cerkwi w Hrubieszowie, a jest w posiadaniu duchowieństwa wojskowego.
   
   Szum drzew i śpiew drewna
   
   Wielkie uroczystości pod przewodnictwem biskupów lubelskich i chełmskich odbywały się w Turkowicach w latach 1934-1936. Jeszcze wtedy wspominano, że niektórzy wzbogacili się kosztem cerkiewnego pola, budynku, materiału budowlanego z Turkowic, a teraz udawali "gorliwych katolików" i "twardych Polaków". Niektórzy "pękali", gdy po 1920 r. wrócił "pop z bieżeństwa z Rosji". Niektórzy dobudowawszy ideologię do swojej konwersji odeszli od wiary i trwali zapiekli w nienawiści. Zwłaszcza wtedy, gdy trzeba było opuścić nielegalne dzierżawy po dziesięciu lub piętnastu latach użytkowania, np. w 1933 roku.
   Pani Stefania z Hrubieszowa opowiada o zdarzeniu związanym z cerk-wią w Kryłowie. Po jej rozebraniu jednemu z mieszkańców trafiło się rozbiórkowe drewno z części ołtarzowej - podłoga z fragmentami podstawy ikonostasu, ściany zaprestolne , legary itd. Tylko że gdy nadeszła Wielkanoc i rozdzwoniły się dzwony w okolicznych cerkwiach, siedzący przy kuchni gospodarz usłyszał paschalne śpiewy. Dźwięki te dobiegały tym wyraźniej, im mocniej przyłożyło się ucho do ściany.
   Przez kolejne dwa lata gospodarz bał się komukolwiek przyznać do tego zjawiska. Ale za trzecim razem jego żona zawołała sąsiadkę i w poranek paschalny wszyscy usłyszeli świąteczne napiewy . Ludzie wyprowadzili się z domu, przychodzili tam tylko pomodlić się i posłuchać chóralnych śpiewów Święta Świąt.
   Babcia Stefa, jak o niej przeważnie mówią, ma pretensję, że niektórzy zajmują dla swoich zmarłych miejsca po jeszcze nie całkiem zapomnianych mogiłach. Po wielu latach przybywa ktoś po raz pierwszy i nie zastaje śladu po swoich, a tylko marmurowe płyty i nowobogackie pomniki ze współczesnymi datami. Miało to miejsce np. w Teratynie.
   Jej nowo poznana znajoma, z którą raczymy się wojskową grochówką w cieniu hrubieszowskiej świątyni, zaznacza, że w Kryłowie wszystko spłonęło, z cerkwi i popówki nic nie zostało: - Tylko jak jesienią zaszumią drzewa, tak jakoś straszno. A jak pierwszy śnieg pada, to w tym miejscu, gdzie prestoły stojali, jakby serweteczki i ruczniczki dziergane poukładał z płatków. I pusto w duszy, jakby serce wyrwał... A batiuszkę Borowika to pamiętam, w Grodysławicach służył.
   Tę symfonię drzew i pogody dostrzegali także świadkowie ostatnich śladów prawosławia w Łęcznej, o czym już była mowa.
   Liczący siedemdziesiąt lat Leopold Lipczyński , dziadek licealistek Leny i Ewy Mazurek , wspomina, że dopóki nie ruszono cmentarzyska pod zabudowę, pomiędzy drzewami, krzewami głogu, dzikiego bzu i kaliny można było znaleźć resztki grobowców. Prawosławni z Dratowa jeszcze w 1974 roku modlili się za zmarłych przy ustawionym anałoju. Miało to miejsce zaraz po uroczystościach Zmartwychwstania, ale lampki paliły się także po katolickich Wszystkich Świętych i zimą, podkreślając zarówno majestatyczność wysokiej skarpy nad Wieprzem, jak i chrześcijańską jedność w pamięci o zmarłych.
   Pani Stefania chlubi się, że z ich Hrubieszowa pochodzi profesor Wiktor Zin , którego ojciec, ochrzczony w cerkwi i prawosławny, był znanym i cenionym mieszkańcem miasta. Z tym nazwiskiem związane są freski w cerkwi Zaśnięcia Bogarodzicy w Hrubieszowie i w tutejszym rzymskokatolickim kościele.
   - A jak coś namaluje w kościele, to się samo człowiekowi modli. A jak drzewa jakie, to jakby żyły naprawdę - mówi pani Stefania.
   
   fot. autor
   
   

Opinie

[1] 2006-10-21 19:42:00 Wołodia.
Moj tatko rodywsia w Turkowicach ,dida wywyzly w rusiju ,tiotu toże ,tam oboje pomyrly .Ustawsia no ja udyn . Żywu w w misty Łapy na podlasiu .Ja toże Ukraineć .z Bohom bywajte.






















Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token