Numer 12(246)    grudzień 2005Numer 12(246)    grudzień 2005
fot.
Bieżeństwo szczytowskich parafian
o. Grzegorz Sosna, Doroteusz Fionik
W tym roku mija dziewięćdziesiąta rocznica wielkiego exodusu ludności wschodniej części Imperium Rosyjskiego, związanego z działaniami I wojny światowej, znanego jako bieżeństwo. Dla mieszkańców Podlasia rozpoczęło się ono w większości w lipcu-sierpniu 1915 r., gdy wojska niemieckie przerwały linię frontu i z całym impetem ruszyły na wschód. Z dzisiejszej perspektywy można stwierdzić, że uchodźstwa można było uniknąć. Ci, którzy pozostali w rodzinnych miejscowościach, w większości bez szwanku przetrwali okres okupacji niemieckiej. Znamienne, że uchodziła głównie ludność prawosławna, i to zarówno wiejska, jak i miejska. Dlatego też w latach 1915-1917 Cerkiew prawosławna na terenach objętych uchodźstwem praktycznie nie funkcjonowała. Jak wyglądało bieżeństwo konkretnej społeczności lokalnej, chcemy pokazać na przykładzie parafii Szczyty koło Bielska Podlaskiego.
   
   
   Na początku drugiego dziesięciolecia dwudziestego wieku Szczyty, Krzywa i Hołody zaczęły się stawać wsiami nowoczesnymi. Taki był bowiem wymóg czasu, co dobrze pojmowała miejscowa elita, na czele z o. Lwem i jego synem Pawłem Goworskim. Nowe plany i zamierzenia zostały jednak unicestwione wybuchem wojny i następującym w jej wyniku uchodźstwem.
   Wieść o nadchodzącej wojnie dotarła na spokojne Podlasie w ostatnich dniach lipca 1914 r., kiedy w Cesarstwie Rosyjskim ogłoszono powszechną mobilizację. Do wojska powołano rezerwistów oraz opołczenców pierwszej kategorii.
   Nietrudno się domyślić, co to oznaczało dla wiejskich okolic. Chociaż z powodu suszy żniwa miały się już ku końcowi, na gospodarzy czekały kolejne prace polowe. A tu raptem część z nich musiała opuścić zagrody i udać się na punkty mobilizacyjne. Najdotkliwiej sytuację tę odczuły rodziny, gdzie do armii wezwano ich głowy. Poprzez zarządy gminne państwo starało się pozostawionym bez mężów gospodyniom zapewnić należyty byt, przydzielając im odpowiedni zasiłek. Pieniądze jednak nie wystarczały, trzeba było przecież obrabiać pola, zbierać plony. Niezbędna była tu pomoc dobrosąsiedzka oraz wsparcie ze strony parafii. Opustoszała wieś Szczyty. Na dalszym planie cerkiew
   Już na początku wojny Grodzieński Konsystorz Duchowny, poprzez ojców dziekanów, wezwał wszystkie parafie do organizacji specjalnych rad opiekuńczych do spraw opieki nad rodzinami zmobilizowanych, rannych i poległych żołnierzy. Takowe rady powstały wówczas również w szczytowskiej i sąsiednich parafiach. Wczesną jesienią 1914 r. największą ich troską była pomoc rodzinom przy zasiewach zbóż ozimych i zbiorze ziemniaków. Zbierano pieniądze oraz produkty żywnościowe dla najbardziej potrzebujących. Bardzo ważne było również dostarczenie rodzinom niezbędnego opału na zimę.
   Poza pomocą wewnątrzparafialną, rady opiekuńcze zostały zobowiązane do zbiórki pieniędzy oraz darów rzeczowych na organizację szpitali wojskowych oraz potrzeby żołnierzy na froncie. Chodziło przede wszystkim o przekazywanie ubrań, bielizny, butów, materiałów oraz skór. Pośrednictwo w rozdzielaniu tej pomocy wzięło na siebie Rosyjskie Towarzystwo Czerwonego Krzyża, działające pod patronatem carycy Marii Fiodorowny.
   W październiku 1914 r. rada opiekuńcza szczytowskiej parafii przeprowadziła zbiórkę bielizny na potrzeby rannych żołnierzy. Zebrano ponad sto kilogramów i przesłano do Grodna. Tam siostrom miłosierdzia Czerwonego Krzyża przewodniczyła Julia Uszakowa. Niebawem do Szczytów wpłynęło podziękowanie za dary, w którym zachęcono do dalszego przekazywania ofiar w naturze. Dodatkowym obciążeniem dla mieszkańców wsi byli też stacjonujący we wsiach żołnierze; trzeba było ich zakwaterować i nakarmić. Dotyczyło to w szczególności strategicznie położonych Hołodów.
   Z braku dokładnych danych trudno stwierdzić, ilu mężczyzn ze Szczytów, Hołodów i Krzywej było zmobilizowanych do armii. Szeroko zakrojone operacje wojskowe, które prowadziło państwo rosyjskie wymagały bowiem coraz to nowych sił (w kwietniu 1915 r. armia rosyjska liczyła 1 milion 800 tys. żołnierzy). Z relacji mieszkańców wynika, że ogólna liczba zmobilizowanych była duża; z biegiem czasu prawie każda rodzina miała już kogoś w armii. Podajmy kilka przykładów. Metody i Eufrozyna Stanisławiukowie w czasie bieżeństwa koło Połtawy
   Zacznijmy od Emiliana Piotrowskiego, syna Jakima z Hołodów, urodzonego w 1878 r. W wiek poborowy wkroczył on już w 1901 r., kiedy został wezwany do stawienia się na komisję do Bielska. Wylosował numer 539 i został przydzielony na czas nieokreślony do grona ratników I kategorii. Służbę odbywał prawdopodobnie w Grodnie, gdyż w sierpniu 1905 roku podjął pracę na poczcie jako listonosz. W nadniemeńskim mieście poznał przyszłą żonę Konstancję Wołosińską, rodem z Drohiczyna, która prowadziła zakład krawiecki. Po ślubie młodzi pozostali w Grodnie. W maju 1906 r. Emilian zrezygnował z pracy listonosza i prawdopodobnie przeszedł na posadę policjanta. Po wybuchu wojny został zmobilizowany do armii ze skierowaniem do 291 Trubczewskiego pułku piechoty. Przesłużył tu jednak krótko, bowiem w październiku 1915 r. został, z przyczyn zdrowotnych, zwolniony. Okres bieżeństwa spędził w Kałudze. W 1914 r. do armii był zmobilizowany również brat Emiliana - Onisim Piotrowski, który w bliżej nieznanych okolicznościach zaginął.
   Taras Kruk ze Szczytów-Nowodworów, urodzony w 1879 r., na początku dwudziestego stulecia robił karierę wojskową, dochodząc do stopnia unteroficera. Po wybuchu wojny został zmobilizowany do armii i walczył na froncie rosyjsko-niemieckim. Po rosyjskiej rewolucji porzucił wojsko i nabył dom w Rostowie nad Donem. Za namową rodziny w 1918 r. powrócił jednak w strony rodzinne. Inny przedstawiciel rodziny Kruków ze Szczytów-Dzięciołowa - Bazyli, po zakończeniu Szkoły Miejskiej w Bielsku wybrał kształcenie wojskowe. W okresie I wojny światowej awansował do wyższych stopni oficerskich. W czasie rewolucji stanął po stronie bolszewików, dowodził Dywizją Zabajkalską. Potem, już w stopniu generała, kierował Telegraficznym Okręgiem Wojskowym m. Mińska. Dwaj synowie generała Bazylego Kruka byli oficerami lotnictwa. Wszystkich dotknęły represje stalinowskie w 1937 r.
   Metodego Stanisławiuka z Krzywej wybuch wojny zastał w 1914 r., gdy służył w wojsku. W domu pozostawił młodą żonę, która rok później udała się w bieżeństwo. Po usilnych poszukiwaniach żołnierz odnalazł swą wybrankę; wówczas zrobili oni pamiątkowe zdjęcie.
   Chociaż od lata 1914 r. - nie tak daleko od szczytowskich okolic, a dokładnie w nadbiebrzańskim Osowcu - toczyła się wojna, życie przebiegało tu jeszcze w miarę normalnie. Swoim trybem funkcjonowała parafia, szkoły, zarząd gminny, organizacje samopomocowe.
   Lato 1915 roku okazało się jednak dla miejscowej ludności fatalne. W połowie lipca wojska niemieckie przerwały linię frontu, który przez rok ustalił się za Łodzią, ruszając w kierunku Warszawy. Miasto zostało zajęte już 5 sierpnia i armie niemieckie posuwały się dalej w szybkim tempie na wschód. W tym czasie władze wojskowe ogłosiły mobilizację chłopów do kopania okopów na zachód od Białegostoku. Do pracy zgłosiło się wielu mężczyzn z Hołodów, wśród nich był też trzynastoletni Wiktor Pawluczuk. Okopy kopali w Krynicach oraz koło Łap, z powodu szybko zbliżającego się frontu zostali jednak odesłani do domu, dokąd udali się piechotą.
   W kierunku północnego Podlasia podążała wówczas 12 armia dowodzona przez generała Maximiliana von Gallwitza, która 18 sierpnia stanęła na przedpolach powiatowego Bielska, ważnego strategicznie punktu w rejonie Puszczy Białowieskiej.
   Kilka dni na zachód od miasta toczyły się zaciekłe walki, w których po obu stronach zginęło parę tysięcy żołnierzy. Świadczą o tym cmentarze wojenne w Bielsku, Studziwodach, Augustowie, Orzechowiczach i Rajsku. Po zajęciu Bielska 22 sierpnia Niemcy kontynuowali pochód na wschód.
   Do zażartych walk doszło w rejonie Orli, gdzie do dziś istnieje cmentarz wojenny. Działał tu 2 Gwardyjski Korpus Rezerwy 12 armii. Duża liczba wojska przemieszczała się szczególnie po szosie strategicznej Bielsk-Prużany. Żołnierze niemieccy nie spotkali na swej drodze prawie żadnego mieszkańca. Wszystkie wsie były wyludnione, czasem też spalone. Ich mieszkańcy udali się w bieżeństwo, odbywając długą podróż na wschód - w nieznane.
   Z relacji wynika, że ze Szczytów, Hołodów i Krzywej wyjechali prawie wszyscy mieszkańcy. Pozostali przeważnie ci, którzy wyjechali zbyt późno i po drodze, gdzieś w rejonach Puszczy Białowieskiej, byli przez Niemców zawróceni. Tak było w przypadku trzyletniej Nadziei Grygoruk, która z mamą dotarła do Prużan, gdy były już zajęte przez Niemców. Powróciły do Hołodów, gdzie pozostał Maksim Pawluczuk, dziadek Nadziei. Jako że jej matka pochodziła z sąsiedniego Widowa, okupację przeżyły w tejże wsi. Nie było wówczas z nimi ojca Artema Pawluczuka, gdyż jeszcze przed wybuchem wojny wraz z dwoma kolegami ze swej wsi wyjechał za chlebem do Ameryki. Z żoną i córką już nigdy się nie zobaczył. W czasie wojny nie mógł do swoich powrócić. Potem w Ameryce założył nową rodzinę, do Hołodów przysyłał jednak listy oraz pieniądze na budowę domu.
   Oprócz Pawluczuków w Hołodach pozostała także część rodziny Wasiluków, zawrócona przez Niemców z Białowieży. W Krzywej pozostała chyba tylko jedna rodzina - Omelana Borysiuka, a w Szczytach kilka rodzin białoruskich oraz żydowscy arendatorzy karczmy. Nie zdążyła w bieżeństwo udać się również rodzina Zinowija Wawreszuka z Karolina (obecnie zbuczańska kolonia Grabniak). Swe strony rodzinne porzuciła natomiast miejscowa inteligencja: duchowny, nauczyciele i prawosławni ziemianie Wiewiórowscy, co też rzutowało na tak gremialne uchodźstwo włościan. W czasie działań wojennych dwór w Dzięciołowie został całkowicie spalony, ocalał natomiast dwór w Nowodworach.
   Na uchodźstwo udał się również leśniczy oraz inni pracownicy leśnictwa bielsko-hołodowskiego. Objezdczyk Eliasz Korzeniewski trafił do Bobrujska, Stefan Stepanczuk do Bolszoj Gribanowki w tambowskiej guberni, Nikon Bazyluk - Budo-Koszelowa w mohylewskiej guberni, Bazyli Linnik - Moisiejewa w powiecie borysoglebskim, Maksim Niczyporuk - Saratowa, Teodor Chodakowski - Iwanowki w powiecie saratowskim, Bonifacy Kuderski - Nowej Słobody w kałuskiej guberni.
   O ile duchowni, ziemianie czy leśnicy najczęściej wyjeżdżali pociągami, środkiem transportu prostych mieszkańców wsi były drewniane wozy z kabłąkami, na które naciągano płótno. Niewiele dobytku na taki wóz można było załadować, szczególnie gdy rodzina była liczna. Większość jej członków szła piechotą obok wozu.
   Oto jak początek bieżeńskiej tułaczki opisywał o. Jan Chlebcewicz, proboszcz prawosławnej parafii w Klejnikach: "Prawie całą drogę szliśmy piechotą. Do przodu poruszaliśmy się bardzo powoli - nie więcej niż 2-4 wiorsty na godzinę. A to dlatego, że jechaliśmy w kawalkadzie bieżeńskich wozów, spośród których bardzo wiele zatrzymywało się z różnych przyczyn. Oprócz tego, cały czas wyprzedzały nas oddziały wojska, które zmuszały do skręcania na pobocze i zatrzymywania się".
   Duża część bieżeńców jechała przez Baranowicze, gdzie zorganizowano wielki punkt żywieniowy. Organizatorzy pomocy dla uchodźców nie mogli jednak sprostać ogromowi zadania. Z powodu złych warunków sanitarnych wielu z nich tam zmarło.
   Wiktor Pawluczuk z Hołodów, urodzony w 1902 roku, doskonale zapamiętał tę sytuację: Çŕňđűěŕëiń’ŕ â Áŕđŕíîâi÷ŕő, ňŕě áűâ ďiňŕňĺë’íű. ďóíęň. Ňŕě ăđŕç’ áűëŕ, íĺ÷űńňîňŕ, çâŕë, ňŕě á’ĺćĺíöi óěiđŕëi. Öiĺëű ÷ŕń ňóîë’ęî őîâŕëi, âîçiëi ňűiĺ ňđóďű. Íŕ ěîiő î÷ŕő ďŕđó ěîăiëóâ đîáiëi: ęîďŕióň đóîâ, çâîç’ŕň, çŕę-đűâŕióň, i çíîâ äđóăi đóîâ ęîďŕióň (...) Ďóńňîňŕ ňŕě áűëŕ, âń’î âű-ďŕń’îíĺ, ćŕäíóe ćűâíîńöi íĺ áűëî.
   Po dotarciu do węzłów kolejowych na Białorusi: Mińska, Bobrujska, Żłobina, Orszy, bieżeńcy najczęściej sprzedawali swe wozy i żywy inwentarz i przesiadali się na pociągi, które wiozły ich do miejsca przeznaczenia.
   Oto co o tym opowiadał Wiktor Pawluczuk: - Äîiĺőŕëi äî Áîáđójńęŕ, ňŕě ňŕňŕ ďđîäŕëi ćeđeáö’a, âç’aëi çŕ joăî ď’aňńîň đóáë’yoâ. Ç Áîáđójńęŕ ěű çŕiĺőŕëi â Ćëîáií, óçëîâóţ ńňŕíöiţ Ěîăië’oâńęój ăóáĺđíi (...). I ěű ňŕě îńňŕíîâiëiń’a, ęîá âç’aňi ďëŕí, ˙ę jĺőŕňi äŕëiĺj. Ŕ âće çiěŕ iäe, ěîđîç, âń’o çěeđçëî.
   (ciąg dalszy w następnym numerze)
   
   
   Materiał stanowi fragment książki
   o tej parafii, która ukaże się niebawem nakładem Białoruskiego Towarzystwa Historycznego.
   

Opinie

[1] 2009-01-08 18:11:00 stefan
Bieżeństwo utrwaliło mi się podczas opowiadań teœciów gdy z Podbrodzia poprzez Mołodeczno w 1941 uciekali do Karnicz, majštku generała Karnickiego, gdzie gmina przydzieliła im jako "bieżeńców" krowę ażeby 4-ka dzieci miała mleko!
[2] 2009-06-27 00:05:00 EwaZ
Z powodu "bieżaństwa" moja babcia ( jako mała dziewczynaka w wieku kilku lat) dojechała z rodziną aż do Charkowa. Aby wrócić do Polski ( po prawie 2 latach), jej ojciec zapisał się na wyjazd do Niemiec, na roboty. Uniknął w ten sposób przyjęcia obywatelstwa radzieckiego. Do rodzinnej wsi Krzyczew nad Bugiem rodzina wróciła po rocznym pobycie pod Wrocławiem , w końcu wojny.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token