Numer 12(246)    grudzień 2005Numer 12(246)    grudzień 2005
fot.
O bojaźni Bożej
metropolita Antoni (Bloom)
Wo imia Otca i Syna i Swiatago Ducha . W psalmie, który śpiewamy w końcu wieczerni, król Dawid mówi: Słuchajcie mnie, synowie, nauczę was bojaźni Pana (Ps 33,12). I chciałbym teraz kilka słów powiedzieć o tej bojaźni Bożej i o tym, czego może nas nauczyć.
   
   Odczuwać bojaźń Pana nie oznacza bać się Go. Boją się słudzy, boją się ludzie zniewoleni, boją się sprawić przykrość swemu władcy zarówno ci, którzy lękają się kary, jak i ci, którzy obawiają się, że ominie ich nagroda. Ale nie taka jest synowska bojaźń. Znamy tę bojaźń z naszego doświadczenia. Z jaką bojaźnią myślimy o tym, że możemy sprawić przykrość drugiemu człowiekowi, że możemy zranić ukochanego człowieka słowem, spojrzeniem, postępowaniem, ba, lękamy się nawet tego, by nie dotknąć go naszą "niewłaściwą myślą". Ukochany człowiek jest dla nas świątynią i boimy się, żeby tej świątyni nie zbezcześcić.
   Taka powinna być nasz bojaźń wobec Boga. Powinniśmy znać Boga tak blisko, jak znamy bliskiego człowieka, i nawet bardziej, dlatego że człowiek w jakimś tam stopniu pozostaje obcy, jest poza nami, Boga zaś poznajemy w tajemnicy wzajemnego przenikania. Apostoł Paweł mówi o tym, że Duch Święty w naszym własnym sercu "przyczynia się za nami w błaganiach", w naszym własnym sercu wypowiada słowa modlitwy, które potem my sami możemy wznosić do Bo-ga (Rz 8,26). Znamy Boga, bo jest On dużo bardziej w nas zakorzeniony, niż samo nasze życie, On jest życiem naszego życia - jest ogniem, ciepłem, światłem w nas samych. Jak jest nam bliski! I dlatego apostoł Paweł może mówić, że nie powinniśmy - błaga, żebyśmy nie zasmucali Ducha Świętego, który jest w nas (Ef 4,30). Oto bojaźń, której powinniśmy się nauczyć - drżenie, które nas ogarnia, kiedy wchodzimy w głęboką wspólnotę z najbliższym człowiekiem.
   Cerkiew jest sumą tych wszystkich ludzi, którzy tak znają Boga, dla których Bóg stał się bliskim, Ojcem, a Chrystus - jak mówi się w Piśmie Świętym - jest naszym Bratem. Cerkiew, która jest sumą wszystkich tych ludzi, powinna była być pełna takiego światła, takiego drżenia i to nie tylko przed Bogiem, ale przed każdym człowiekiem. Przecież Bóg stał się człowiekiem, żeby wejść w obszar śmierci, w którym żyjemy, żył naszym życiem i umarł straszną śmiercią z miłości do każdego z nas i nie tylko do nas tutaj zebranych, a do nas, ludzi - to nie sprawiedliwych przyszedł On zbawiać, lecz odnaleźć i zbawić zbłąkanych (Mt18,11). A odnaleźć - nie znaczy czekać, żeby zbłąkany znalazł drogę, odnaleźć - znaczy porzucić swoje miejsce spokoju, znaczy pójść w daleką, czasami niebezpieczną, drogę po to, by odszukać zagubionego. Przypomnijcie sobie przypowieść o pasterzu, który pozostawił 99 owiec dlatego, że jedna z nich się zabłąkała (Mt 18,12-13). O dziewięćdziesięciu dziewięciu owcach nie zapomniał, ale wiedział, że są już w bezpiecznym miejscu, a tę owcę, która się odbiła - trzeba znaleźć, trzeba znaleźć szybko, trzeba ją pocieszyć, żeby się nie zagubiła, trzeba ją ogrzać, gdyż świat wokół niej jest chłodny i okrutny, trzeba przyprowadzić ją w to miejsce, gdzie znalazłaby i radość, i miłość, i miłosierdzie.
   Wydaje się nam często, że Cerkiew to my, prawosławni, którzyśmy już uwierzyli w Chrystusa, gromadzący się w Jego imię w Jego świątyniach. Tak, to prawda, ale pewien zachodni pisarz teolog mówi, że chrześcijanin to człowiek, któremu Bóg powierzył troskę o wszystkich ludzi, o te zabłąkane owce, o tych zagubionych, rozproszonych, których tutaj nie ma. Do nich powinniśmy kierować swoją miłość i naszą troskę, o nich powinniśmy się najpierw modlić. Ale nie tak modlić się, jak modlił się faryzeusz stojąc w świątyni, podkreślając że żyje "zgodnie z zakonem", dziękując Bogu za to, że jest tak sprawiedliwy, że zna Boga, że przestrzega postów, że zna wszystkie reguły modlitewne, że jest czysty (Łk 18,11-12). Trzeba się modlić o zagubionych i zaginionych tak, jak modli się człowiek, kiedy jego własny syn czy córka zaginęli bez wieści.
   I oto co zdarza się zobaczyć (jest to straszne jeszcze bardziej, gdy odkryjemy, że dzieje się tak nie bez naszego udziału): przyszedł do świątyni człowiek i wszyscy wokół dają mu do zrozumienia, że jest niepotrzebny i obcy, że nie ma tu dla niego miejsca. I ubrany nie tak, i nie tak się zachowuje, nie umie się przeżegnać. On przyszedł, być może po raz pierwszy, w poszukiwaniu Boga, a zamiast Boga znajduje faryzeuszowską wspólnotę ludzi, która wie wszystko o wszystkim, nie zna tylko jednego - miłości, tylko o jednym zapomniała - o współczuciu, tylko o jednym nie pamięta - że Chrystus przyszedł na świat zbawić grzesznych, a nie sprawiedliwych, że przyszedł i już za życia zarzucano mu, że trzyma z celnikami (Mk 2,16), że utrzymuje kontakty z ludźmi, których wstydzą się porządni. A my wszyscy, prawosławni chrześcijanie, czujemy się "porządnymi" ludźmi.
   Pamiętam, jak pewnego razu wszedłem do świątyni nieprawosławnej - ale to mogłoby się zdarzyć także i w naszym środowisku - i zobaczyłem napis: "Żebrakom wstęp wzbroniony". Nie było tam dla nich miejsca. Pamiętam starego żebraka, który podszedł do kapłana i zapytał: "Proszę powiedzieć, a gdzie jest Gospodarz? Wy mnie tu nie puszczacie, a wasz Gospodarz z nami jadł i pił i przyszedł nas zbawić, nie was - umytych". I my wszyscy jesteśmy "umyci", my wszyscy jesteśmy sprawiedliwi, czyści. My wszystko wiemy o tym, jak w cerkwi należy postępować - a oto przyszedł obcy człowiek, czy zaglądamy w jego duszę? Czy w naszym pierwszym odruchu mówimy bądź myślimy: jesteś nam bratem, naszą siostrą, chodź, chodź tutaj! Ty może nie masz dokąd pójść, ty może nie masz przyjaciół, być może nikt cię nie kocha, może straciłeś szacunek do samego siebie, może zasłużyłeś na pogardę - chodź do nas. Tutaj nikim nie gardzą, gdyż wszyscy jesteśmy grzeszni przed Bogiem, a Bóg nasz - o jakie to cudowne! - Bóg nasz jest taki, że otwiera ramiona przed grzesznikiem, przywołuje grzesznika, nikogo nie odtrąca, myje nogi swoim uczniom (J 13,5-15). Pomyślcie o tym.
   Jest miejsce w dziewiątym rozdziale Ewangelii Jana, które opowiada o tym, jak Chrystus zbawił ślepego od urodzenia. (J 9,1-38). Chrystus spotyka tego człowieka i pyta go: Czy wierzysz w Syna Bożego? A człowiek, niedawno jeszcze niewidomy, odpowiada: A któż to jest Panie, bym miał w Niego uwierzyć? Na co Chrystus: Jest Nim ten, którego widzisz, i który mówi do ciebie...
   Słowa typowe dla nas. Wszyscy widzimy, cały czas coś tam widzimy - siebie nawzajem, budynki, niebo, wszystko widzimy z wyjątkiem, często, ludzkiego nieszczęścia, na które zamykamy oczy. Ale dla tego człowieka słowa te były wstrząsające. Przecież on nigdy, nigdy w swoim życiu nie widział nikogo i niczego. I kiedy Chrystus w cudowny sposób otworzył mu oczy, cóż w pierwszym rzędzie zobaczył? Na czym zatrzymał swój wzrok? Na obliczu Chrystusa. Ujrzał Boga swego, który stał się człowiekiem po to, by go zbawić. Jako pierwsze odsłoniły się przed nim głęboko patrzące w jego duszę oczy Bożej miłości.
   I oto przychodzą ludzie, do nas do Cerkwi, do prawosławnych cerkwi i w Rosji i poza nią. Zaczynają im się od-słaniać oczy. Początkowo byli ślepi: oślepieni widzialnym światem, wszystkim tym, co rzuca się w oczy, co wy-maga uwagi. W pewnej chwili nagle, nie wiadomo dlaczego, człowiek poczuł, że to za mało, że w życiu, w świecie jest niewidzialna głębia, zaczął jej szukać i wszedł do cerkwi. I oto postawcie sobie pytanie: kiedy przeszedł przez cerkiewną bramę i na-potkał wasz wzrok, co zobaczył? Czy ujrzał oblicze Pana, oczy współczującej miłości, zatrzymujące się na nim spojrzenie tak widocznej miłości, która może odmienić życie poprzez nadzieję i przekonanie, że jest miłość, że jest Boże Królestwo? Jest to mało prawdopodobne. Spotkał on, już prędzej, ciekawskie spojrzenia, które go zmierzyły, oceniły, zważyły - swój czy nie swój, czy jeszcze ktoś inny? Jakie to straszne, jakie straszne!
   Ci spośród nas, którzy przyszli do wiary porzucając niewiarę, bezbożność, czy nie przypominają sobie, jak po raz pierwszy weszli do cerkwi, nie wiedząc jeszcze co mogą spotkać. Nie byli przekonani, że Boga spotkają w świątyni, tylko dusza przeczuwała: może coś tam jest? I jak oni mogli się - jak mogliśmy się sparzyć zimnym, palącym spojrzeniem człowieka, który spojrzy i powie: "Dla ciebie nie ma tutaj miejsca, ty nawet nie umiesz się przeżegnać, nie tak jesteś ubrany, patrzysz wokół siebie zamiast w stronę ikonostasu" itd. Czy trzeba, bym zaczął opisywać to, co wciąż ma miejsce i z powodu czego ludzie odchodzą szukać gdzie indziej tego, co powinni byli znaleźć pośród nas?
   Był czas, gdy ludzie mówili: jakaż chrześcijańska wspólnota, jaka jest wśród nich miłość! Czy może teraz ktokolwiek popatrzeć na naszą chrześcijańską społeczność i powiedzieć: w nich żyje taka miłość, której nie ma gdzie indziej. Powinienem do nich podejść, gdyż tylko wśród nich można znaleźć miłość, życie, radość, tam każdy człowiek wierzy w każdego, wierzy w dobro, wierzy w miłość, wierzy w niby niemożliwe - w ten cud, który sprawia, ze grzesznik staje się świętym. Cerkiew jest jedynym takim miejscem. Czy powinniśmy to miejsce zamknąć przed innymi? A jakim cudownym miejscem mogłaby być Cerkiew, jeżeli budowana byłaby przez nas jak ciało miłości, jeżeli każdy człowiek, który przychodzi, mógłby spotkać spojrzenie Samego Chrystusa, padające z oczu każdego chrześcijanina. Amiń.
   
   tłum. Ałła Matreńczyk
   

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token