Numer 5(203)    maj 2002Numer 5(203)    maj 2002
fot.
Pan profesor
Michał Bołtryk
W Centrum Prasy i Książki Narodów Słowiańskich w Warszawie 12 kwietnia odbyła się prezentacja 6 numeru "Acta Polono-Ruthenica" - naukowej serii wydawniczej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. "Acta" poświęcone są 70. rocznicy urodzin prof. Bazylego Białokozowicza, kierownika Katedry Historii i Kultury Wschodniosłowiańskiej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.
   Prof. Bazyli Białokozowicz jest autorem kilkunastu książek, pół tysiąca artykułów naukowych, twórcą i redaktorem wielu czasopism naukowych, promotorem kilkudziesięciu prac doktorskich i habilitacyjnych, doktorem honoris causa Uniwersytetu w Leningradzie i Niżnym Nowgorodzie. W "Złotej księdze nauki polskiej 2000. Naukowcy przełomu wieków" czytamy o jego naukowych zainteresowaniach: kulturologia i komparatystyka, pogranicza, kresy i styki, temat historyczny w literaturze pięknej, polsko-wschodniosłowiańskie stosunki literackie, rusycystyka i białorutenistyka, dzieje slawistyki".

   Bazyli Białokozowicz jako uczeń szkoły podstawowej w roku 1945Bazyli Białokozowicz urodził się 2 stycznia 1932 roku w Widowie koło Bielska Podlaskiego.- Pamiętam - wspomina profesor - jak u nas mówiono: "My, mieszczanie".
   Pierwsza pisemna wzmianka o Widowie pochodzi z 1501 r. "Bielski Hostinec" (4/01) notuje: "Wieś Widowo, od zarania dziejów zamieszkała w zdecydowanej większości przez wyznawców prawosławia, była historycznie związana z bielskimi cerkwiami Mikołajewską (monasterską) i Michajłowską (soborną). W spisie mieszkańcy Widowa nazwani są przedmieszczanami; wieś należała bowiem do grona sześciu wsi miejskich. Typowymi miejscowymi nazwiskami są: Białokozowicz, Firsowicz, Krutulewicz, Siebiesiewicz, Ignatowicz, Mackiewicz. Na początku XX w. aż osiemnaście rodzin nosiło nazwisko Bia(e)łokozowicz (dawniej Biłokoz)".
   Bazyli Białokozowicz jako uczeń liceum w roku 1948Profesor Białokozowicz jest świadkiem historii prawie całego XX wieku.
   - Widowo - opowiada - to wieś na początku XX wieku duża i bogata (130 domów). Niektórzy gospodarze mieli nawet po 40 hektarów ziemi. Moi rodzice dwanaście. Mama - Stefania z Ościenników, babcia pochodziła z Parcewa z Mojsików, ojciec Iwan, mieszczanin z Widowa.
   Ciekawostką może być to, że z naszej wsi mało kto był na bieżeństwie w czasie pierwszej wojny światowej. Moi dziadkowie zdążyli dojechać do Prużan. Tam zawrócił ich austriacki oddział. Moi rodzice przechowywali dokument wystawiony po białorusku - łacinką w czasie niemieckiej okupacji w latach 1916-1918.
   Podczas scalania gruntów ojciec wziął ziemię słabszej klasy, za to bliżej Bielska Podlaskiego. Z nami mieszkał brat ojca Mikołaj, kawaler. Pamiętam, jak jeszcze przed wojną przychodzili do niego koledzy i śpiewali: Ja parobek, ty parobek, pójdziem razem, na zarobek.
   Pamiętam początek wojny. W pierwszych dnia września 1939 r. przyszli Niemcy z Prus. Miałem siedem lat. Ojciec kazał mi pilnować pasących się koło Bielska krów i owiec. Do Bielska jechał niemiecki oddział. Popatrzyli na moje stado. Jeden puścił serię z karabinu w owce. Potem zabite powrzucali na furmankę. A w Widowie na kuchni polowej gotowali z nich baraninę.
   W naszym domu zakwaterowano dwóch Niemców, we wsi były rozstawione namioty. Wówczas Niemcy byli przyjaźnie do nas nastawieni. Z Bielska przywozili cukier, czekolady, cukierki (wszystko z żydowskich sklepów) i rozdawali dzieciom. Ale ta "przyjazność" miała swoje granice - nie wiem do dziś, dlaczego publicznie stłukli naszego sołtysa Gawryluka.
   Chyba to była połowa września, pamiętam jak niemieccy leitnanci w naszym domu wypowiedzieli niezrozumiałe dla mnie słowa: "Molotow, Molotow". Potem zadowoleni mówią do ojca: "Züruck nach Hause". Tu będzie Związek Radziecki.
   Niemcy mieli u siebie radio. "Molotow" wypowiadali po usłyszeniu komunikatu o pakcie Ribbentrop-Mołotow.
   Niemcy odeszli i chyba przez tydzień nie było u nas nikogo. A potem przystąpiono do budowy bramy powitalnej. Wkrótce wjechała radziecka kawaleria, czołgi, furmanki. Żołnierze byli bardzo zmęczeni.
   Jeszcze przed wojną skończyłem rok szkoły polskiej w Widowie. Nauczycielką była pani Werpachowska, bardzo miła osoba. Teraz, przy sowietach, poszedłem do szkoły białoruskiej. W tej szkole uczyła rodzina Konradów - Polaków z Petersburga. Znali rosyjski, ale i po białorusku uczyli. Bardzo mili ludzie.
   Nasza wieś z radością witała sowietów. Ale kiedy zaczęły się wywózki, na mieszkańców padł strach. Mieszkało u nas dwóch ruskich leitnantów. Jeden z nich mówi kiedyś do ojca: "Choziain, napieczytie sucharow. Tiebie toże uwiezut". Prawie cała wieś przygotowała się do wyjazdu na "białe niedźwiedzie". Ale jakoś szczęśliwie do tego nie doszło.
   Sowieci, to trzeba przyznać, przywiązywali wagę do szkolnictwa. Wprowadzili nawet specjalny podatek - kultzbor. Ojciec mawiał: "Trzeba zawieźć krowę, niech nie kulkajut".
   Za sowietów nikogo od nas nie wywieźli. Ale byli tacy, zwłaszcza młodzi, którzy sami wyjeżdżali, żeby żyć na wolności.
   Brat mojego ojca często powtarzał: "Ja na tebe, kułaka, pracować ne budu. Pojedu w sowieckij sojuz, tam de lude swobodno żywut".
   I pojechał jako ochotnik do kopalni w Karagandzie. Na szczęście udało mu się stamtąd uciec. Strach było słuchać jego opowieści z sojuza.
   Jesienią 1939 roku stawiano bramy powitalne. A na początku 1941 roku niektórzy mówili po cichu: "Nechaj uże prydut Niemcy, kob nas nie wywieźli na bieły niedźwiedzi".
   Pamiętam, że w czerwcu 1941 roku, z soboty na niedzielę, spaliśmy z bratem w stodole. Nad ranem słyszymy samoloty, wybuchy, bomby. A w Widowie pełno radzieckiego wojska. Żołnierze uspokajają: "Eto niczewo, eto nasze maniowry". Aż tu jedna, druga, trzecia bomba spada na wieś. Koło Bielska było lotnisko. Bomby były przeznaczone na lotnisko, spadły na Widowo. U Fońki, naprzeciwko naszego dziadka, dom się rozleciał. W Bielsku zniszczono cerkiew św. Mikołaja. We wtorek wojska radzieckie się wycofały. W środę i czwartek przez Widowo szły wojska niemieckie - na szosę hajnowską. Dużo wojska. Był upał. Gospodarzom kazano wystawiać na ulicę wiadra z czystą wodą. Żołnierze przystawali i pili tę wodę.
   Nasz okręg Niemcy włączyli do Prus Wschodnich. Ogłoszono, że z tej okazji z inicjatywy Führera każdy mieszkaniec otrzyma bezpłatnie kilogram cukru.
   W czasie okupacji w Bielsku zorganizowano białoruską szkołę. Było w niej dużo godzin języka niemieckiego.
   Najdłużej przetrwała szkoła w synagodze, przy ulicy Jagiellońskiej. Szkołę umieszczono tam po likwidacji getta. Chodziłem do tej szkoły. Języka polskiego tam nie uczono.
   W czasie okupacji niemieckiej przeżyliśmy dwie tragedie. Niemcy rozstrzelali brata mamy - Tymoteusza Ościennika. Potem rozstrzelano w Rajsku rodzinę siostry ojca. Do Rajska zawsze jeździliśmy na odpust, na Piatieńkę.
   W 44. zbliżał się do Widowa front. Od strony lasu wdzierał się oddział radziecki, z drugiej strony Niemcy. Dwa dni trwały walki w samej wsi. Na szczęście Niemcy już wcześniej kazali wszystkim budować schrony. Nasz był w sadzie. Piętnaście osób siedziało tam dwa dni i dwie noce. Moja siostra miała kilka tygodni. Jak ostrzał ustawał, uchylaliśmy pierzynę i łapaliśmy powietrze, bo nie było czym oddychać. U nas na drzewie siedział Niemiec i ostrzeliwał ruskich, oni strzelali do niego. Straciliśmy wszystko, oprócz małego spichlerzyka. Spłonął dom, chlewy, trzy stodoły.
   Po przejściu frontu przenieśliśmy się na posesję naszego stryja, tego, którego Niemcy rozstrzelali. Jego dom też został zburzony.
   Pamiętam, po tej strzelaninie weszli na podwórko radzieccy żołnierze. Koło chewa leżał zabity wieprzek. "Etot parasionek był zdarow?" - zapytali. A gdy się dowiedzieli, że tak, od razu zabrali się za gotowanie.
   Po wojnie znów znalazłem się w szkole - białoruskiej. Mieściła się w budynku przy kinie "Znicz" w Bielsku Podlaskim. Uczono tam po polsku, białorusku i rosyjsku. Ale z nazwy była to szkoła białoruska. Opiekunem duchowym szkoły był ks. Konstanty Bajko, wicedyrektorem Jarosław Kostycewicz. W starszej klasie uczył się Wiktor Szwed, który już wtedy pisał wiersze, i Dymitr Szatyłowicz - białoruski poeta.
   Niestety, w 1947 roku szkołę zlikwidowano. Ja poszedłem do liceum polskiego im. Kościuszki. I chociaż szkołę białoruską później odtworzono, już do niej nie wróciłem.
   W polskim liceum poznałem Jerzego Gościka, po latach odnowiłem z nim znajomość na studiach w Moskwie. Jurek Gościk studiował razem z Jerzym Hoffmanem w szkole filmowej. Dziś to jeden z najlepszych polskich operatorów filmowych.
   Bazyli Białokozowicz kończył liceum jako "przodownik nauki i pracy społecznej". W nagrodę pojechał do Berlina, w 1951 r., na Światowy Zlot Młodzieży.
   Przodownicy byli przyjmowani na studia w Polsce bez egzaminu. Bazyli Białokozowicz mógł studiować polonistykę. Bardzo chciał studiować historię w Związku Radzieckim. Zaproponowano mu filologię rosyjską.
   - Poszedłem w tej sprawie - dziś wspomina - do ministra oświaty Gadomskiego. - W jakiej sprawie towarzysz przychodzi? - zapytał. - Chciałem w ojczyźnie Lenina i Stalina poznać prawdziwą historię - odpowiedziałem. I dodałem: - Tylko marksizm, leninizm i stalinizm podają prawdziwą historię.
   Minister uśmiechnął się i tłumaczy mi: - Podzielam poglądy towarzysza. Problemem jest brak miejsc na historii w ojczyźnie Lenina i Stalina. Ale studiując filologię rosyjską, towarzysz - jeśli będzie miał oczy szeroko otwarte - też pozna prawdziwą historię.
   W 1951 r. do Związku Radzieckiego na studia wyjechało chyba siedmiuset studentów z Polski. Bazyli Białokozowicz został w Moskwie skierowany na uniwersytet do Gorkiego (teraz znów Niżnyj Nowgorod). Już na drugim roku pozowolno mu studiować eksternistycznie historię.
   - Na uniwersytecie - opowiada profesor - w mieście wówczas milionowym, poziom był średni, ale duża dyscyplina i można się było wiele nauczyć. Bardzo wysoki poziom był na chemii i fizyce. Były to właściwie wydziały zamknięte. Tam studiował mój przyjaciel Emil Nalborczyk - dziś wybitny polski uczony. Na trzecim roku studiów za jedną ze swoich prac dostał pierwszą nagrodę w konkursie. Trzysta rubli - to były duże pieniądze. Niestety, okradziono go. Ja za swoją działalność, jako przewodniczący koła naukowego, dostałem poczotnuju gramotu z portretami Lenina i Stalina.
   Nim ukończył studia, Gorki stał się miastem zamkniętym. Polskich studentów wysłano do innych miast. Bazyli Białokozowicz znalazł się w Leningradzie.
   Na trzecim roku, jeszcze w Gorkim, napisał pracę "Lew Tołstoj i Polska". Była to najlepsza praca na roku.
   Tropem Lwa Tołstoja będzie profesor Białokozowicz szedł od tej chwili przez całe życie.
   Na drogę do Leningradu otrzymał Bazyli Białokozowicz od prof. Krasnowa, historyka literatury rosyjskiej XIX wieku, rekomendacje do muzeum Tołstoja w Moskwie i listy polecające.
   - Poznałem bardzo ciekawych ludzi - mówi profesor. - Jeszcze żył osobisty sekretarz Lwa Tołstoja, Nikołaj Nikołajewicz Gusin (napisał wspomnienia "Dwa goda z Tołstym"). W Jasnej Polanie pracował ostatni sekretarz Tołstoja - Walentin Fiodorowicz Bułgakow. Jego wspomnienia to "Poslednij god żizni z Tołstym".
   Bazyli Białokozowicz w czasie studiów w Moskwie, lata 50.W Moskwie Bazyli Białokozowicz przeczytał kilka tysięcy listów z korespondencji Tołstoja.
   - W dziale rękopisów - wspomina - było ponad 60 tys. listów do Tołstoja i ponad 12 tys. odpowiedzi. Pisali najwybitniejsi intelektualiści, mężowie stanu i prości ludzie. To dla socjologa, antropologa i historyka kultury kopalnia wiedzy. Jedni pytali w listach, jak żyć, inni prosili o pieniądze. Pisał piekarz Szczeciński z Radomia i pani Zaleska z Radomia. Pisał Mahatma Gandhi i Kurianowicz z Narwi.
   Magisterska praca Bazylego Białokozowicza nosiła tytuł "Tołstoj i polskoje litieraturnoje obszczestwiennoje dwiżenije". Praca doktorska także została poświęcona Tołstojowi.
   Bazyli Białokozowicz wrócił do Polski w 1956 r. Od lutego 1957 r. rozpoczął pracę na Uniwersytecie Warszawskim w katedrze filologii rosyjskiej, która mieściła się w Pałacu Kazimierzowskim na Krakowskim Przedmieściu.
   Prof. Jan Zygmunt Jakubowski wciągnął Bazylego Białokozowicza do grona redakcyjnego "Przeglądu Humanistycznego".
   - Spotykałem się - opowiada profesor - z profesorem Krzyżanowskim, Żurowskim, Kumanieckim, Kulczycką-Saloni. W tym kręgu kształtowała się moja osobowość i nawyk pracy naukowej.
   W sprawy ukrainistyczne wciągnął profesora Jerzy Jędrzejewicz, pisarz i tłumacz, autor "Nocy ukraińskich albo rodowodu Geniusza. Rzecz o Tarasie Szewczence" - kultowej książki wśród Ukraińców.
   W latach 70. profesor przeniósł się do Polskiej Akademii Nauk. W Instytucie Słowianoznawstwa był kierownikiem pracowni literatur wschodniosłowiańskich. Był pomysłodawcą i redaktorem pisma "Studia Polono-Slavica Orientalia. Acta Litteraria" - ukazało się trzynaście tomów. W latach 1975-1991 redagował kwartalnik "Slavia Orientalis".
   Profesor z rodzeństwem, od lewej Lubomira, Piotr, Bazyli i JanPoczątek lat 90. zapisał się w pamięci profesora bardzo niemile. - W latach 1990-1992 - opowiada - w instytucie była wielka rozróba. Instytut miał prawo habilitacji i doktoryzowania, piękną bibliotekę. Przyszedł Andrzej Drawicz i włączył się do nurtu niszczycielskiego. Miał wtedy wielkie możliwości polityczne i odegrał negatywną rolę w instytucie.
   Rada Wydziału podpisała uchwałę o zwolnieniu 35 osób, w tej liczbie i prof. Białokozowicza.
   - Sekretarz Akademii Nauk - wspomina profesor - powiedział do mnie: "Profesorów i doktorów habilitowanych nie zwalniam. Drawicz nie jest profesorem. On tu przychodzi i zostanie szefem instytutu. W tej sytuacji politycznej nie mogę nie przyjąć Drawicza. Chce pan pracować z Drawiczem, niech pan zostaje".
   Profesor Białokozowicz odszedł do Olsztyna.
   - Z tego wyboru jestem bardzo zadowolony - mówi. - Tam studiuje dużo młodzieży ukraińskiej, której rodzice zostali wywiezieni w ramach akcji Wisła. To środowisko studentów jest mi bliskie.
   - Czy jest pan zadowolony z przeżytego życia - zapytałem.
   - I tak, i nie - odpowiedział profesor. A potem dodał: - Tak, bo moje życie było pracowite i udane, zwłaszcza rodzinne, co zawdzięczam żonie. Nie, bo niepotrzebnie dużo czasu straciłem na działalność społeczną i organizacyjną. Należało ten czas spożytkować na pracę twórczą. Ale wciąż jeszcze pracuję, publikuję, wygłaszam referaty. Niestety i dziś za bardzo interesuję się sprawami pozanaukowymi. Ja jestem homo politicus. Oglądam telewizję, czytam gazety, bardzo różne, nawet takie, o których moi koledzy profesorowie nie słyszeli. Co ja na to poradzę. Mnie wszystko interesuje - dodaje jakby na usprawiedliwienie.
   
   

fot. autor i archiwum rodzinne profesora


   
   

   
   Prof. Joanna Mianowska, rusycystka, kierownik Zakładu Badań nad Kulturą Rosji w Akademii Bydgoskiej im. Kazimierza Wielkiego: - Profesor Bazyli Białokozowicz to najwybitniejszy uczony, jeśli chodzi o komparatystykę, w dziedzinie historii naukowych stosunków polsko-rosyjskich, jeden z najwybitniejszych w Polsce badaczy dorobku Lwa Tołstoja. Badacz ceniony w Polsce i Rosji. Gazeta "Kaliningradskij Uniwersytet" na jego 70-lecie wydała specjalny dodatek. To zdarza się bardzo rzadko.
   A jeśli chodzi o cechy osobiste profesora. Człowiek bardzo ciepły, roztaczający pozytywną aurę wokół siebie. Stosunki w polskiej nauce nie są najlepsze. Profesor jest innym uczonym. Moim zdaniem jego wielkość polega na tym, że potrafi znaleźć walory u każdego. Nigdy nie daje odczuć, że ktoś jest głupszy. Mało jest takich ludzi.
   
   Prof. Walenty Piłat, dyrektor Instytutu Słowiańszczyzny Wschodniej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie: - Slawista z ogromnym dorobkiem naukowym. Człowiek bardzo witalny, coraz więcej pisze i publikuje. Białokozowicz to chodząca encyklopedia. Doskonale zna literatury słowiańskie. To profesor bardzo życzliwy ludziom.
   
   Prof. Wiktor Skrunda, dyrektor Instytutu Rusycystyki Uniwersytetu Warszawskiego: - Profesor Bazyli Białokozowicz należy do najbardziej zasłużonych historyków literatury w Polsce. Jego główne zainteresowanie to związki w kulturze polsko-rosyjskiej. Jest jednym ze współtwórców rusycystyki w Polsce. Ma wielkie zasługi w tworzeniu struktur rusycystycznych. To człowiek z natury bezinteresowny. Nie robił osobistej kariery, nie troszczył się o majątek. Zawsze działał dla dobra kontaktów polsko-wschodnich. Dobry opiekun naukowy. Zawsze udzielał gronu współpracowników wsparcia. Nigdy nie liczył na wzajemność, na przyszłe zyski. Cechuje go, w dobrym sensie tego słowa, naiwność, dziecięce spojrzenie, szczery entuzjazm.
   

Opinie

[1] 2015-06-06 17:55:00 jaca
widze, że chociaz raz w przeglądzie opisano jak to prawoslawna ludnosc witala sowietów, a potem na równi z innymi obywatelami RP bała się wywózek. Śmieszne to jest, iż prawoslawni z Podlasia ciagle czuja sentyment do Rosji- nie ważne czy to był ZSRR czy Carska Rosja czy teraz Federacja Rosyjska.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token