Numer 10(244)    październik 2005Numer 10(244)    październik 2005
fot.Andrzej Sokólski
Sąd nad świętym Maksymem
Michał Bołtryk

   Od 9 marca do 6 czerwca 1914 r. toczył się we Lwowie proces o. Maksyma Sandowicza i jego trzech towarzyszy - Szymona Bendasiuka, o. Ignacego Hudymy i Bazylego Kołdry. Wiemy, co było potem: uniewinnienie oskarżonych. W sierpniu wybuchła pierwsza wojna światowa, a 6 września 1914 roku o. Maksyma rozstrzelano na dziedzińcu sądu w Gorlicach. 7 czerwca 1994 roku Sobór Biskupów naszej Cerkwi ogłosił o. Maksyma Sandowicza świaszczennomuczenikom za "jego męczeńską śmierć i z uwagi na Jego powszechny kult wśród Ludu Bożego". Uroczystości kanonizacyjne odbyły się 10 i 11 września 1994 roku w Gorlicach, miejscu męczeńskiej śmierci o. Maksyma. 6 września (nowy styl) jest dniem pamięci świętego.
   
   
   UDAWAŁ MOSKALOFILA
   
   Przesłuchiwano świadka Włodzimierza Dołhego , grekokatolika. Świadek zeznawał o swoim pobycie w bursie szkolnej w Kołomyi w latach 1910 i 1911.
   - Na początku oświadczono mi - mówił - że w bursie nie ma miejsca. Poszedłem tedy do prof. Geciowa i przedstawiłem się mu jako "russki". Starałem się używać w rozmowie wyrazów rosyjskich, jak "da", "moje pocztienije", "wierno". I stał się cud. Przyjęto mnie do bursy i do gimnazjum, gdzie wykładał prof. Geciow.
   - Co świadek zapamiętał z pobytu w bursie?
   - W bursie starsi uczniowie uczyli języka rosyjskiego, czytano dziennik "Prikarpatskaja Ruś". Gazetę prenumerował prefekt bursy. Dodatkowo prof. Geciow przynosił "Nowoje Wremia", które też czytano.
   Do bursy przychodził prof. Geciow i przemawiał do uczniów, zachwalając stosunki w Rosji.
   - Co mówił? - zainteresował się prokurator.
   - Mówił - kontynuował świadek - że w Rosji tanio. Podawał taki przykład: "Jak kupiłem za pięć kopiejek kiełbasy, to zajechałem z nią aż do Petersburga".
   Świadek tym przykładem wywołał wesołość na sali. Przewodniczący trybunału uspokajał salę.
   - Profesor Geciow - dalej opowiadał świadek - radził uczniom: "Objawiajcie swoje ja. Każdy z nas jest rodowitym Moskalem, bo matka każdego z nas jest Moskalką. Czytajcie gazety rosyjskie, uczcie się języka rosyjskiego".
   - Czy w bursie śpiewano "Boże, cara chrani"? - pytał oskarżyciel.
   - Za moich czasów nie śpiewano - mówił świadek. - Ale opowiadano mi, że przedtem śpiewano tę pieśń.
   A czyje portrety były w bursie?
   - Były portrety Kaczkowskiego, Naumowicza, Puszkina i Mikołaja II. Natomiast nie było portretu cesarza Franciszka Józefa. Profesor Geciow opowiadał uczniom w bursie o carze i dostojnikach rosyjskich, ale "bardzo ostrożnie, aby nie było żadnych śladów".
   - Świadek pojechał z Kołomyi do Nowego Sącza, po co? - pytał przesłuchujący.
   - Bo w Nowym Sączu było centrum "kacapów". Chciałem je poznać.
   - Gdzie świadek mieszkał?
   - Prywatnie. A wikt dostawałem od moskalofilów. Potem moskalofile, dowiedziawszy się, że jestem Ukraińcem, odmówili mi wiktu. W Nowym Sączu moskalofile posiadali bibliotekę rosyjską. A 6 kwietnia do Nowego Sącza do moskalofilów przyjechał prof. Geciow.
   - Dlaczego pan to tak dokładnie pamięta? - zapytał prokurator Sywulak.
   - Bo sobie zapisywałem - odpowiedział świadek.
   - Kto świadka wysłał do Nowego Sącza i dlaczego świadek wszystko dokładnie zapisywał? - zapytał obrońca dr Głuszkiewicz .
   - Nikt. Sam pojechałem, bo chciałem poznać, jaka jest różnica między Ukraińcami a "kacapami". Od tego czasu zapisywałem wszystko, gdy do-szedłem do przekonania, że partia moskalofilska nie ma racji bytu.
   - Ale dlaczego pan robił notatki? - drążył temat obrońca dr Głuszkiewicz.
   - Spodziewałem się, że dojdzie kiedyś do procesu, bo "kacapy" kryli się ze swoją robotą.
   - Czy w bursie w Kołomyi uchodził pan za "russkiego"?
   - Uchodziłem, ale do czasu.
   Na tym zakończono przesłuchanie świadka Włodzimierza Dołhego, który udawał moskalofila.
   
   WIEŚCI GMINNE I ZAGRANICZNE
   
   W dziale wiadomości lokalne "Słowo Polskie" na początku maja informowało, że proces o zdradę stanu był żywo dyskutowany pośród miejscowego społeczeństwa.
   Gazeta relacjonująca proces z dnia na dzień podaje taką oto informację: "W pobliskiej wiosce Kuńkowcach na tle procesu toczącego się o zdradę stanu we Lwowie, powstała tak zaciekła walka między dwoma chłopami ruskimi Łozą i Chapką (z których jeden był ruski przez jedno "s", drugi przez dwa "ss"), że Łozę z połamanymi żebrami odwieziono do szpitala, a Chapkę aresztowano".
   Konfliktów nie brakowało między Ukraińcami grekokatolikami a Polakami rzymskokatolikami. "Słowo Polskie" omawia jeden z takich przypadków. Artykuł nosi tytuł "Jak ruski oteć błogosławi swe owieczki?".
   W pobliskiej wiosce Orzechowcach - donosi reporter - Polacy nie mając kościoła korzystali dotąd z cerkwi grekokatolickiej, gdzie przyjeżdżał polski proboszcz z Ujhowiec. Gdy nastał w Ujhowcach znany hajdamaha ks. Sorokiewicz , wzbronił Polakom cerk-wi, mówiąc wysłannikom polskim: "Ja nie chodżu do waszoho domu, wy nie hoditie do moho. Kluczy ne dam". Po-lacy postanowili więc zbudować własną kaplicę. Grunt pod budowę w połowie darował gospodarz Michał Stankiewicz , a drugą połowę jego siostra, a żona tutejszego wójta - Rusinka Maria Smukowa .
   Ks. Sorokiewicz używał wszystkich środków, aby tylko kobietę odwieść od tej ofiary. Gdy jednak to nie poskutkowało, a zbliżał się czas wielkanocnej spowiedzi, bogobojny oteć postanowił się zemścić. Otóż, gdy Maria Smukowa przyszła do spowiedzie, zamiast rozgrzeszenia usłyszała z ust otća na głos wypowiedziane błogosławieństwo: "Koły ty każesz, szczo za to [za darowiznę gruntu pod kaplicę] ne majesz hrichu, to naj tebe jasnyj szlag trafyt i twoho muża i wsiech szczo do tebe hodiat", dodając jeszcze raz: "naj tebe i twoho muża i wsiech was jasnyj szlag trafyt".
   Epilog "błogosławieństwa" otca Sorokiewicza - kończy relację "Słowo Polskie" - odbędzie się w sądzie. Jak słychać, w wyższych sferach kościelnych ruskich tego rodzaju "błogosławieństwo" otća brane jest za czyn "duże fajny".
   Toczono także "wojny" ukraińsko-ukraińskie.
   "Słowo Polskie" w dziale zagranicznym publikuje, powołując się na zagraniczną prasę, artykuł "Ukraińcy przeciw biskupowi «ukraińskiemu»". Czytamy tam. Amerykańskie pisma ruskie przynoszą wiadomość o walce toczącej się pomiędzy tamtejszymi Ukraińcami a "ukraińskim" biskupem w Ameryce ks. Ortyńskim . O rozmiarach tej walki może dać pojęcie to co pisze o nim organ amerykańskich Ukraińców "Swoboda". Biskup Ortyński jest wrogiem oświaty i postępu. Przez nowe zarządzenia w sprawach diakonów - nauczycieli popełnia nowy gwałt, bo chce zrobić ich swymi sługami. On jest największym wrogiem "Ruskonarodowego Związku". On jest wrogiem naszej Cerkwi, bo w sprawach cerkiewnych od chwili przyjścia biskupa zapanowało zupełne bezhołowie i nieporządek. Ani biskup, ani duchowieństwo, ani parafie nie znają swoich przepisów. Nie ma żadnych ustaw. Wszystko jest zawisłe od łaski biskupa Ortyńskiego. Jedna część duchowieństwa poszła ślepo za rozkazami biskupa, druga trzyma się w rezerwie, narażona na prześladowania w każdej chwili. Dolarową politykę prowadzi się na szeroką skalę. Ona to spowodowała, że tysiące naszych rodzin przechodzi na prawosławie.
   Wprost nie chce się wierzyć - komentuje złośliwie "Russkoje Słowo" - że ukraiński grekokatolicki biskup jest... agitatorem prawosławia.
   Organ amerykańskich "ugrorossów" "Nedilia" pisze z racji tej walki: "Grekokatolickim biskupem w Ameryce jest jak wiadomo galicyjski bazylianin Soter Ortyński, zaciekły Ukrainiec. Rozumie się, że Ukraińcy pysznili się nim z początku i buntowali go przeciw wiernym "russkim" i "russkim" księżom. Łgarstwo wyszło rychło na wierzch i okazało się, że Ukraińcy są jeszcze większymi nieprzyjaciółmi biskupa Ortyńskiego niż nasi "russcy ludzie". Ortyński z "russkimi" pogodzi się, niechaj tylko nie narusza ich obyczajów, pisma etymologicznego, obrządku cerkiewnego, niech do nabożeństwa nie wnosi niczego takiego, czego w starym kraju nie używa się, ale czy pogodzi się z Ukraińcami, to wielkie pytanie!".
   
   NIEBEZPIECZNE ZNAKI
   
   Przypomnijmy. Jesteśmy w 1914 roku. Zbliża się lato. Ówczesne gazety jak zwykle poświęcają wiele miejsca sprawom bieżącym. Ale w światowej prasie już są drukowane analizy polityczne, szczegółowe zestawienia dotyczące sił zbrojnych państw europejskich, przymierzy, porozumień i przyszłej wojny.
   "Słowo Polskie" drukuje bardzo obszerną korespondencję z Wiednia pt. "Rosja na granicy Austrii".
   Znak to bardzo niebezpieczny - zauważa korespondent wiedeński. I pisze dalej: Bardzo pouczającem jest zestawienie przygotowań rosyjskich na granicy austriackiej. Jedno z najlepszych ukazało się teraz na szpaltach berlińskiego dziennika "Vossiche Zeitung".
   W razie starcia Rosji z Austrią - analizuje dziennik - terenem wojny będą przede wszystkim Wołyń, Podole i Bessarabia. Wołyń ma wybitny charakter górski, od północy graniczy z błotami Polesia, na południu graniczy z Galicją wschodnią. Jest on przesmykiem wąskim między Królestwem Polskim i Galicją. Przez Podole prowadzi droga najkrótsza do Moskwy. Tutaj rozciągają się ziemie żyzne, czarnoziem, tworzący spichlerz dla Rosji. Posiadanie Podola będzie miało tedy podczas wojny wielkie znaczenie... I tak dalej.
   W tekście są dokładne dane dotyczące garnizonów, fortów, umocnień. A główną rolę podczas obrony Rosji południowej i południowo-zachodniej będzie grała twierdza Kijów. Armia dążąca do stolicy starorosyjskiej, do Moskwy, nie mogłaby Kijowa pozostawić na boku. A Kijów, gdzie mieszka trzysta tysięcy ludzi, jest zasłonięty wzgórzami. Na tych wzgórzach wznoszą się nowe obwarowania miasta, mające sześć kilometrów obwodu. Na prawym brzegu Dniepru wznosi się dziesięć starych fortów. A w garnizonie kijowskim znajduje się 38,5 batalionów piechoty, 13 szwadronów jazdy, 12 batalionów polowych.
   Czy powszechnie spodziewano się wojny? Nie.
   Oto w tej samej analizie cytuje się wypowiedź byłego ministra spraw zagranicznych Francji Gabryela Hanotaux.
   - Nie wierzę w wybuch takiej wojny - mówi dyplomata - ponieważ nikt sobie tej wojny nie życzy. Hałas wojenny, który powstał, pochodzi stąd, że Niemcy rozmyślnie pobrzękują szablą, aby Rosję nastraszyć i zmusić ją do zawarcia korzystnego dla Niemiec traktatu handlowego. Od czasu do czasu Niemcy występują groźnie przeciwko Rosji, starając się ją zastraszyć. Po tej serii gróźb następuje seria uśmiechów i propozycji. Wszystko to denerwuje opinię europejską, ale ostatecznie nie skończy się tak groźnie, jak wielu przypuszcza.
   Wiadomo, w przeddzień wojny, tej, której miało nie być, trwała cicha walka szpiegów. Prawdziwych czy też rzekomych szpiegów spodziewano się wszędzie, a najbardziej w miejscach związanych z wojskiem i strategią obronną.
   "Słowo Polskie" w informacji własnej z Warszawy "Z zaboru rosyjskiego" pisze: "Władze wydały zarządzenie, aby zdjęcia planów i robót niwelacyjnych w okolicach Warszawy i Modlina powierzono wyłącznie Rosjanom, którzy uprzednio otrzymają na to pozwolenie władzy. Robotnicy, użyci do tych prac, mają być wyłącznie poddanymi rosyjskimi".
   
   PROCES TRWA
   
   Niezależnie od wydarzeń światowych i krajowych, we Lwowie trwał proces o zdradę stanu. Przesłuchiwano kolejnych świadków, konfrontowano zeznania, odczytywano skonfiskowane u aresztowanych materiały.
   W czterdziestym piątym dniu rozprawy wiele czasu poświęcono dokumentom znalezionym u Bendasiuka. Odczytano brulion odezwy do Łemków, nawołującej ich, aby kochali swą wiarę "russką", zakładali czytelnie im. Kaczkowskiego i "Drużyny" i wzywającą do składek na bursy i czytelnie. Potem odczytano spis papierów i dokumentów zakwestionowanych w czasie rewizji u oskarżonego o. Maksyma Sandowicza. Wśród nich koncept kazania, świadectwo seminarium duchownego na Wołyniu i tekst modlitwy Żukowskiego, zamieszczonej w gramatyce języka rosyjskiego, wydanej przez oskarżonego Bendasiuka.
   Czterdziesty szósty dzień rozprawy poświęcono niemal w całości przesłuchaniu świadka dr. Jana Dobriańskiego.
   Dr Jan Dobriański, adwokat, docent uniwersytetu i syndyk Instytutu Stauropigilanego, został powołany przez obronę w sprawie wydanej przez oskarżonego Bendasiuka gramatyki języka rosyjskiego.
   - Ocena gramatyki Bendasiuka - mówił dr Dobriański - wypadła przychylnie, więc rozpoczęto z nim układy i zawarto kontrakt. Cały koszt druku (24 arkusze) wyniósł 7545 koron. W roku 1910 sprzedano za 1272 koron, w 1911 roku za 1212 koron, a w 1912 za 108 koron.
   - A sprawa modlitwy Żukowskiego? - pytał obrońca Dudykiewicz.
   - Zauważyliśmy w czasie druku, że w wierszu Żukowskiego pojawia się imię cara. Sprawą zajął się Instytut Stauropigialny. Prosiliśmy Bendasiuka, aby zastąpił ten wiersz innym. Bendasiuk zapewnił nas, że ma zgodę prokuratorii państwowej na druk tego wiersza. Ale nawet pomimo tego zapewnienia poleciliśmy ten wiersz usunąć. Niestety, nie doszło do tego.
   Na zakończenie przesłuchania świadka odczytano wstępne słowo do gramatyki rosyjskiej oskarżonego Bendasiuka.
   
   ZA GRANICĄ
   
   Interesujące wieści "Słowo Polskie" przedrukowuje w owym czasie z zagranicy.
   Oto berlińska prasa donosi z Petersburga, że 31 maja 1914 roku w Słucku w guberni mińskiej urządzona będzie uroczystość ku czci męczennika Gabriela. Przy tej sposobności odbędzie się zjazd arcybiskupów prawosławnych z Wołynia, Chełma i Mińska. W zjeździe tym weźmie udział oberprokurator synodu petersburskiego. Zjazd będzie obradował głównie nad sprawą podporządkowania Kościoła prawosławnego w Galicji pod jurysdykcję Synodu w Petersburgu. Patriarcha konstantynopolitański już się na to zgodził.
   Następnego dnia "Nowoje Wremia" zaprzeczyło doniesieniom zagranicznych pism. Zjazd w Słucku dotyczący sprawy poddania pod zarząd św. Synodu Cerkwi prawosławnej w Galicji nie jest projektowany - stwierdza gazeta.
   W tym czasie "z zaboru rosyjskiego" doniesiono w "Słowie Polskim": "Wczoraj wybuch groźny pożar w Chełmie. Zjawiła się straż pożarna z Kowla i Siedlec, a nawet wezwano straż lubelską. Spłonęło seminarium prawosławne. Pożar był prawdopodobnie podłożony".
   
   * * *
   W procesie o zdradę stanu pozostało do przesłuchania kilku świadków. Wszyscy z niecierpliwością czekali na przyjazd i przesłuchanie Arnolda Duliskovicsa, inspektora policji granicznej w Budapeszcie. cdn
   

Opinie

[1] 2009-03-17 15:52:00 diakon Piotr UKGK
"diakonów - nauczycieli" wymyślił p. Bołtryk, tak naprawdę chodzi o "diakowczyteliw", czyli "diaków-nauczycieli". Diak to psalmista, a nie diakon!

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token