Numer 5(263)    maj 2007Numer 5(263)    maj 2007
fot.Jarosław Charkiewicz
Kraju miłyj, seło ridnoje my was pokidajem
Ałła Matreńczyk
Grodysławice najpiękniej wyglądały z cerkiewnej dzwonnicy – mały Sasza, najmłodszy syn diakona o. Michajło Borowika, dziś przewodniczący Kongresu Ukraińców Chełmszczyzny
   i Podlasia, wdrapywał się tam nieraz. Rodzinną wieś widział stamtąd jak na dłoni – długa na trzy kilometry, z domami wśród sadów, z urodzajnymi pszenno-buraczanymi polami z jednej strony i niekończącymi się łąkami, maleńką rzeczką Rachanką, co wpadała do samej Huczwy z drugiej. Widział mleczarnię, tartak, dwa sklepy i szkołę. Także swój rodzinny dom.

   
   Nie, nie mieszkali już wtedy na plebanii. Odkąd papa kupił posiadłość od rodziny, która wyemigrowała do Kanady, mieli własny dom i niemały ogród. Diakon stale dokupował po kawałku ziemi, bo i miał dla kogo. Jemu i matuszce Annie Bóg dał siedmioro dzieci – Fienię, Raisę, Kławę, Nadię, Lidę, Kolę i Saszę.
   Wszyscy Borowikowie pięknie śpiewali. Zresztą w całej parafii talentów śpiewaczych było niemało. Chór cerkiewny liczył ponad sto piewczych. I to nie byle jakich.
   – Prijezżajtie piet’ archirejskuju służbu w Turkowicach – prosił ich metropolita Dionizy, więc co roku jeździli tam 15 lipca na święto Turkowickiej Ikony Matki Bożej. I „Wieruju” Czajkowskiego śpiewali, i „Otcze nasz” Iwancowa, utwory Archangielskiego.
   Grodysławice, położone między Tomaszowem Lubelskim a Łaszczowem, co tu dużo mówić, miały też szczęście do duchownych – swoją posługę nieśli tu o. mitrat Hipolit Kosonocki, mitroforny protoijerej Witalij Sahajdakowski, o. Ilia Segeda, o. W. Gurko.
   Ale najbardziej były dumne ze swej cerkwi Podwyższenia Krzyża Pańskiego.
   Mały Sasza znał jej wszystkie zakamarki. Była piękna – z żółtej cegły, całkiem nowa, bo w 1910 roku zbudowana, o ciekawej architekturze. A i w środku ładna – polichromie wykonał w niej sam Iwan Wolski, który swoje prace zostawił w wielu wołyńskich cerkwiach, także w monasterze w Jabłecznej, a nawet w Poczajowskiej Ławrze.
   Bali się o nią grodysłowiczanie w 1938 roku, to pewne. Zewsząd docierały przecież trwożne wieści, że polskie wojsko burzy prawosławne cerkwie, ale do ich wsi, na szczęście, nie przyszło.
   Podczas drugiej wojny światowej przyszli Niemcy. Od razu rozstrzelali dziewięciu mieszkańców, którzy w 1939 roku witali Armię Czerwoną. A później wprowadzili obowiązek wyjazdu członka każdej rodziny na przymusowe roboty do Niemiec.
   – Tata, to może ja pojadę – zaporponowała Raisa, ułatwiając rodzicom podjęcie trudnej decyzji.
   – Jak to wyjeżdżasz na roboty do Niemiec? – nie mógł zrozumieć Sasza. Biegł za samochodem odwożącym siostrę przez całą wieś i płakał. Nie wiedział, że zobaczy ją dopiero po bardzo wielu latach.
   W połowie 1943 roku Niemcy zadali wsi ostateczny cios.
   „Wszyscy mieszkańcy Grodysławic muszą przesiedlić się do Bukowiny” – wydali oficjalny rozkaz.
   Urodzajne grodysławickie ziemie, budowane przez pokolenia domy i obejścia przeszły w ręce niemieckich osadników i bauerów. Grodysławiczanie musieli wyruszyć na Biłgorajszczyznę, do polskiej wsi Bukowina.
   Z niej Niemcy zdążyli już wyrzucić dotychczasowych mieszkańców. Po pustej wsi błąkały się psy, biegały króliki, w pustych chatach pozostawały jakieś garnki.
   Było nieprzyjemnie, podejrzanie cicho. I jakoś tak ciężko na duszy. Ale cóż robić, wszyscy porozchodzili się po domach. Toż to nie na zawsze, pocieszali się jak mogli.
   I rzeczywiście przenocowali tu tylko dwie noce. Trzeciej nocy chaty stanęły w ogniu, zewsząd było słychać strzały i krzyki. Rozbiegli się w popłochu na wszystkie strony.
   Do domów odważyli się wrócić dopiero o świcie. Wśród dopalających się zgliszcz leżały zwłoki ich ośmiu sąsiadów. Jednych dosięgła kula, innych siekiera albo ogień. Nad strumykiem skamieniała z bólu młoda matka obmywała ciało swego nieżywego dziecka.
   Tu grodysławiczanie nie mieli już czego szukać, pochowali zabitych na prawosławnym cmentarzu w sąsiedniej Biszczy i w pośpiechu opuścili Bukowinę.
   Dokąd poszli? Gdzie kto mógł. Rodzina diakona do Biszczy, ale nie na długo, bo tam także nie było bezpiecznie.
   Kiedy bandyci tak pobili tamtejszego batiuszkę o. Klucza, że zmarł, Borowikowie wyruszyli do Tarnogrodu. Zatrzymali się w dużym parafialnym domu, koło cerkwi co stała tuż nad rzeczką. W miasteczku był jeszcze względny spokój. Stacjonował tu niewielki niemiecki garnizon, działała ukraińska szkoła samoobrony.
   Nastał rok 1944.
   „Niemcy zaraz stąd odejdą” – tę wiadomość ludzie powtarzali coraz częściej.
   I rzeczywiście, gdzieś tak po Kreszczeniju z miasteczka wyjechał niemiecki garnizon, za nim, śpiewając „Zaswistali kozaczeńki”, wyruszył na zachód oddział ukraińskiej samoobrony. Tarnogród zaczęły nachodzić bandy. Nie ominęły plebanii.
   Matuszka Anna rozpalała właśnie w piecu, a Sasza z siostrą bawili się pudełkami od zapałek, gdy do kuchni wpadło trzech bandytów. Jeden z nich podniósł dziewczynkę za włosy, przykładając do szyi siekierę. Siostra zakrzyczała wniebogłosy.
   – Chodźmy do drugiego pokoju– rozkazał jego kompan. Za ścianą był tarnogrodzki batiuszka i starszy syn Borowików, Kola.
   – Dzieci, uciekajmy – na szczęście w tym czasie matuszka Anna nie straciła głowy. We troje wybiegli na ganek, z prawej strony po śniegu zbliżały się do nich czarne postaci z bronią w ręku. Czy przed nimi zdążą? Ostatkiem sił dobiegli do suchej, na wpół zasypanej studni.
   – Szybko do środka – nakazała matka. Potem sama zeszła za dziećmi, przykryła je własnym ciałem. Niebawem usłyszeli skrzypienie śniegu. Bali się bardzo, było przeraźliwie zimno i chciało się płakać.
   – Preswiataja Bogorodice spasi nas – nie przestawała modlić się matuszka.
   Wyszli ze studni dopiero o świcie. Po plebanii zostały tylko zgliszcza. Co z Kolą ? Co z tarnogrodzkim batiuszką?
   Tarnogrodzkiego batiuszki, który przygarnął ich pod swój dach, nie zobaczyli już nigdy. Zginął z rąk bandytów, nawet ciała nie odnaleziono, bo spłonęło w podpalonej plebanii. Koli udało się wyjść bez szwanku.
   – Zdejmuj ubranie i buty – rozkazali mu bandyci. Pewni, że już im nie ucieknie, przeszukiwali spokojnie plebanię. Gdy tylko spuścili go z oka, chłopiec wyskoczył przez okno i uciekł. Miał 22 lata, był silny i zdrowy, przeżył.
   I znów Borowikowie zostali bez dachu nad głową. Wędrowali od wsi do wsi, w końcu trafili do Łaszczowa, ale i tam nie było spokoju. Zresztą czy wtedy na Hrubieszowszczyźnie były jakieś spokojne miejsca? Do rodzinnej wsi nie mogli wrócić, bo w Grodysławicach była niemiecka komendantura, w rodzinnym domu mieszkał niemiecki bauer. Postanowili się podzielić.
   Starsze dzieci poszły do Pinin, do rodziny Piotra Nauma, rodzice z najmłodszym Saszą do Wólki Pukarzewskiej. Tam, przez dwa czy trzy tygodnie, mieszkali u znajomej Polki, Hanki.
   Nadszedł prawosławny Wielki Piątek. – Zabili waszego Kolę – ktoś przyniósł tragiczną wieść z Pinin. Bandyci napadli na wieś w biały dzień, zastrzelili wiele osób, a tym, którzy próbowali się ukryć, urządzili publiczną egzekucję. Koli odrąbali głowę.
   Nie zdążyli się rodzice podnieść po tym ciosie, jak tu dwa dni później, na Wielkanoc, równo o północy, także do nich przyszli oprawcy. W jednej chwili schwycili o. Michajło, diakon ledwo zdążył przykryć Saszę kołdrą. Matuszka Anna próbowała bronić męża, ale po silnym uderzeniu w głowę nie była w stanie nic zrobić.
   Na środku wsi bandyci bili go łopatami i czym popadnie. O. Michał nie był ich jedyną ofiarą tej nocy. Razem z nim oprawcy skatowali szesnaście innych osób. Wciąż żywych wrzucili na furmankę, wywieźli do muratyńkiego lasu, który ciągnął się nieopodal wsi.
   – Tej furmanki nie można było przez tydzień z krwi odmyć – wspomina po latach pan Eugeniusz. Miał wtedy dziesięć lat, pasł krowy i widział egzekucję.
   – Christos Woskresie – zdążył krzyknąć o. Michajło – gdy zaczęli ich zakopywać. – Woistinu Woskresie – odkrzyknęli pozostali.
   Rano matuszka Anna zdobyła gdzieś jedno jajko, ugotowała. Podzieliła się z Saszą, pochrystosowałaś i gorzko płakała.
   Na Paschę 1944 roku zabrakło i męża, i syna. A ona z dzieckiem znów musiała uciekać. Mimo wyraźnego niemieckiego zakazu, zdecydowała się na powrót do rodzinnych Grodysławic. Początkowo ukrywali się to w jednym pustym domu, to w drugim, bo jak się okazało, nie wszystkie posesje zajęli niemieccy osadnicy. W końcu natknęli się na niemiecki patrol, który zaprowadził ich na posterunek.
   – Rozstrzelają i ciebie, i dziecko – zapowiedział matuszce tłumacz. Nagle nie wiadomo skąd na posterunku pojawił się bauer. – Mam tak dużo roboty, że chętnie ich wezmę do siebie – oświadczył, ocalając im w ten sposób życie.
   I jak to na gospodarce, kazał robić to to, to tamto, w końcu pakować kufry i paczki, które odsyłał do Niemiec. Pewnego dnia zniknął.
   Dwa dni później do Grodysławic weszła Armia Czerwona. Do wsi zaczęli powracać mieszkańcy, niestety już nie wszyscy. Wojsko ogłosiło mobilizację i młodych grodysławickich chłopców wcielono do sowieckiej armii. Już gdzieś tak po tygodniu do wsi zaczęły przychodzić pierwsze pochoronki.
   Mimo to życie w Grodysławicach zaczęło się odradzać. Powoli ludzie doprowadzali do porządku pola i obejścia. Pewnego dnia na podwórko Borowików czerwonoarmiści przyprowadzili krowę.
   – Doglądajcie jej, a część mleka przynoście komendantowi – polecili matuszce.
   Wydawało się, że nastał pokój i spokój.
   Nikt we wsi nie wiedział, że gdzieś w dalekim Teheranie, a później Jałcie, Wielka Trójka zadecydowała o zmianie granic.
   W połowie września przyjechała komisja repatriacyjna, która kierując się umową zawartą między Ukraińską Republiką Radziecką i Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego rozpoczęła sporządzać repatriacyjne listy. Całą akcją przesiedleńczą kierował Nikołaj Podgorny, ten sam, który później stanął na czele Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Komisarze kusili opowieściami o komunistycznym raju, a wojenno-powojenne mordy, grabieże, podpalenia też robiły swoje.
   Na przymusowo-dobrowolne listy zostali wpisani niemal wszyscy grodosławiczanie, wśród nich matuszka Borowik z dziećmi.
   W końcu października, zabierając co mogli, ruszyli w daleką drogę. Raz po raz oglądali się na swoją rodzinną wieś, płakali. I jakby dodając sobie otuchy śpiewali:
   
   
Kraju milij, seło ridnoje,
my was pokidajem,
Ta mi idiem na czużinu,
doleńku szukajem.
Budem nesti Chrest Gospodnij,
budemo terpiti,
Mati Boża nam pomoże,
bo mi ii diti.
Ne żurit’sia, chołmszczaki,
zawżdi tak ne bude,
Je na switi kraszcza dola
i nas ne zabude
.
   

   Ta kraszcza dola nie od razu chciała sobie o nich przypomnieć. Na transport czekali pod gołym niebem całe tygodnie. Było głodno i chłodno, zdarzały się kradzieże. W końcu razem z bydłem zapędzono ich do towarowych wagonów. Rozpoczęła się długa, bardzo uciążliwa droga. Na Zaporoże jechali cały miesiąc. Matuszkę Borowik wraz z dziećmi przewieziono do wsi Groznoje. Byli tam jedyną rodziną przesiedleńców. A wokół spalone chaty, ludzie w ziemiankach, głód.
   Umieszczono ich w na wpół zrujnowanym baraku. Brakowało drewna, trzeba było zbierać trawy, różne śmieci i tym palić.
   Na szczęście matuszka Anna przed wyjazdem nie straciła głowy. Zabrała krowę, tę samą, którą w Grodysławicach podarowali im czerwonoarmiści. Po drodze kłopotów mieli z nią co niemiara, ale teraz okazała się ich żywicielką. Za mleko dostawali u miejscowych siano, kaszę, czasami jakieś inne produkty. Mamie udało się przetrzymać krowę przez całą zimę, doczekać pierwszej trawy. Ale na wiosnę krowa zachorowała, trzeba było ją dorżnąć. W jej żołądku znaleziono pełno pobitego szkła i maleńkich gwoździ.
   We wsi drwiono i szydzono z nich nieraz. W szkole Saszy też nie było łatwo. Zgodnie ze swoją metryką trafił do piątej klasy, a on przez wojnę nie ukończył ani trzeciej, ani czwartej.
   Często musieli pracować w kołchozie. Mężczyzn brakowało, więc niemal wszystkie prace wykonywały kobiety i dzieci.
   – Wrócimy, na pewno wrócimy – podtrzymywali ich na duchu Naumowie i Timczukowie, grodysławiczanie, którzy znaleźli się w pobliskiej wiosce. – Tak jak po pierwszej wojnie. Razem z Borowikami postanowili pojechać na zachód, żeby być bliżej domu. A tu weszło w życie tajne rozporządzenie, żeby władze nie spuszczały oka z repatriantów i donikąd ich nie wypuszczały.
   Ale ten zakaz nie był w stanie ich zatrzymać.
   Iwan Naum miał konia, furmankę „pożyczył” z kołchozu. Pospiesznie zapakowali na nią cały swój dobytek i głęboką nocą, bez zbytniego rozgłosu, wyruszyli w drogę. Sami szli za furą, z daleka przypominali pewnie cygański tabor. Po kilku dniach zatrzymał ich milicyjny patrol, kazał zawracać. Ale Iwan Naum i Wasyl Timczuk, byli żołnierze polskiego wojska, zastosowali partyzancką taktykę. Odtąd poruszali się tylko nocą i w miarę możliwości tylko leśnymi drogami. Dopiero gdy minęli zaporożską i dniepropietrowską obłast’ wyszli na szosę. W końcu dotarli do Równego. Tam się zatrzymali, spotkali wielu znajomych.
   – Granica z Polską jest już zamknięta – ktoś bardziej zorientowany pozbawił ich wszelkich złudzeń.
   Tak więc tu, w Równem, matuszka Borowik musiała budować swoje życie od początku.
   W tym czasie po drugiej stronie granicy jej córka Raisa wróciła z przymusowych robót w Niemczech. Dotarła do Lublina.
   – Nie masz po co jechać do Grodysławic, tam nikogo nie ma – ostrzegła ją napotkana znajoma. – To zbyt niebezpiecznie.
   Raisa została więc w Lublinie, wyszła za mąż (byli pierwszą parą, której o. Baranow udzielił ślubu w lubelskiej cerkwi po wojnie) i już razem z mężem wyjechała do Jeleniej Góry. Na świat przyszły dzieci – potem na Ukrainie odnalazła się mama, siostry i brat. I tam, na Ziemiach Odzyskanych, i tu w Białymstoku, dokąd przeniosła się na emeryturze, Raisa nigdy nie opowiadała o wojnie.
   – Lepiej, żebyście o tym nie wiedziały – ucinała pytania dzieci. Nigdy nie chciała też pojechać do Grodysławic, bała się wspomnień związanych z utratą rodziny i swojej małej ojczyzny.
   Aż do śmierci śpiewała za to w cerkiewnym chórze. W Jeleniej Górze w cerkwi św. św. Piotra i Pawła, urządzonej w małym barokowym poewangelickim kościółku, z hrubieszowskim ikonostasem i ikonami i polichromiami prof. Nowosielskiego, wykonanymi dzięki staraniom o. Stefana Bieguna, była piewczą przez trzydzieści lat, przez jakiś czas nawet psalmistą.
   Tu, w Białymstoku, też śpiewała. Pieśni religijne, które wykonywała razem z koleżankami, jeszcze dziś można usłyszeć w Radiu Orthodoxia i w audycji Pierad wychodam u carkwu.
   W cerkiewnym chórze śpiewa do dziś jej najmłodszy brat Sasza. Aleksander Borowik od kilku lat przyjeżdża z chórzystami Towarzystwa „Chołmszczyna” na Święto Turkowickiej Ikony Matki Bożej do Hrubieszowa, tak jak na Święto Turkowickiej Ikony Matki Bożej do Turkowic co roku przyjeżdżał z chórem jego papa, o. Michajło.
   Odwiedza przy okazji miejsce pochówku ojca. W ubiegłym roku przywiózł tam ukraińskiego batiuszkę, który odprawił panichidę. Pan Aleksander nie przestaje wierzyć, że uda mu się przenieść prochy ojca na prawosławny cmentarz do rodzinnej wsi. Razem z dziećmi Raisy podjął pierwsze kroki w tej sprawie.
   Komisja ścigania zbrodni przeciwko narodowi polskiemu w Lublinie wyznaczyła już biegłego antropologa.
   Zawsze, ilekroć jest w Polsce, nie omieszka zajrzeć do Grodysławic, zobaczyć jak wygląda wieś dzisiaj.
   Jej najpiękniejszy widok, ten z cerkiewnej dzwonnicy, sprzed wojny, na zawsze nosi w swym sercu.

   
   Ałła Matreńczyk
   Na podst. wspomnień Ołeksandra Borowika i córek Raisy
   fot. archiwum rodzinne
   

Opinie

[1] 2007-06-19 23:58:00 filolog
Szkoda, że autorka nie ma pojęcia o języku ukraińskim i zapisuje łacinką ukraiński tekst, z rosyjska czytając litery. Przekręca też imiona i nazwiska - szkoda, bo tekst sam w sobie opowiada niezwykłe dzieje...
[2] 2008-03-31 16:36:00 Mirosław
Przeczytałem z uwagą wspomnienia. Wydrukowałem i przekazałem kilku zainteresowanym osobom. Urodziłem się i wychowałem w Grodysławicach(po wojnie). Jeżeli chodzi o tę relację, to należy zaznaczyć, że ofiary były po obu stronach. Najważniejsze, że czas wojenny to już tylko historia.
[3] 2011-02-25 12:00:00 Stefan Nadozirny
Ja właściwie teraz dopiero szukam Rodziny na Ukrainie "Nadozirnych". I z tego co wiem z relacji mojego nieżyjącego już dziadka Stefana Nadozirnego (1928-1992), to tak bylo jak w tekscie, wiele osób z mojej rodziny mieszka na zaporożu, w rivnem, w tarnopil, a nawet w doniecku, Prosze o kontakt osoby które coś wiedzą na tamat nazwiska Nadozirny z Grodysławic. e-mail icecube4@wp.pl
[4] 2011-02-25 12:12:00 Stefan Nadozirny
dobry artykuł
[5] 2014-03-01 16:15:00 Tomasz Steifer
Słuch był chyba dziedziczny u Borowików. Mój dziadek Władysław, młodszy brat zamordowanego diakona Michała, też mial sluch absolutny. W oflagu, gdzie przebywał jako oficer artylerii WP, opanowal biegle 4 języki, a jak pamiętam, nawet na starość potrafił z pamięci zagwizadać lub zanucić arie ze swoich ulubionych oper. Szkoda, że ten talent skończył się na mojej mamie. Ja tylko rozróżniam: grają lub nie :(
[6] 2014-03-01 16:18:00 Tomasz Steifer
Słuch był chyba dziedziczny u Borowików. Mój dziadek Władysław, młodszy brat zamordowanego diakona Michała, też mial sluch absolutny. W oflagu, gdzie przebywał jako oficer artylerii WP, opanowal biegle 4 języki, a jak pamiętam, nawet na starość potrafił z pamięci zagwizadać lub zanucić arie ze swoich ulubionych oper. Szkoda, że ten talent skończył się na mojej mamie. Ja tylko rozróżniam: grają lub nie :(

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token