Numer 1(391)    Styczeń 2018Numer 1(391)    Styczeń 2018
fot.Narodzenie Chrystusa Polichromia w cerkwi św. Jana Teologa w monasterze w Supraślu
Gruzin i Ormianin w jednym stali domku…
Paweł Krysa
Już samo przejście graniczne zapowiadało niespodzianki. Terminal ormiański – normalny, europejski, dwudziestopierwszowieczny. Za to gruziński… wielki betonowo-szklany kompleks, przeznaczony na kilkanaście stanowisk jednoczesnej odprawy granicznej. Wszystko pod dachem. I wszystko nieczynne, w początkowym stadium rozkładu. Dziurawa droga obok tego straszydła zawiodła nas do byle jakiego terminalu właściwego. A potem było jeszcze gorzej. Tak fatalnej drogi dawno już nie widziałem.
– Bo widzisz – to znowu Hracz – wjechaliśmy do tej najbiedniejszej części gruzińskiej Dżawacheti, którą zamieszkują gruzińscy Ormianie, nie licząc garstki mołokan i duchoborców, więc Gruzini mają to po prostu w nosie.
Gdybym nawet żył siedem razy, jak kot, takiego podejścia do sprawy nie zrozumiem. No bo nawet jeśli nie specjalnie kocha się sąsiada, to przecież o prestiż własnego kraju dbać się powinno. A tutaj pierwsze wrażenie jest po prostu katastrofalne. Telepaliśmy się więc po tych dziurach niemiłosiernie, a ja gapiłem się na te duchoborsko-mołokańskie wsie: Żdanowka, Jefremowka, Gorełowka, Orłowka. Czy aby na pewno jesteśmy w Gruzji?
Duchoborcy to osiemnastowieczna sekta rosyjska, negująca dogmaty, instytucję Cerkwi, duchowieństwo, ikony, krzyże, chrzest, Trójcę Świętą. Gdy okazało się, że nie uznają także władzy świeckiej i używania przemocy oraz opowiadają się za całkowitym pacyfizmem, zostali wygnani z Rosji. Za jedyne autorytety i źródło wiary uznają Biblię i Chrystusa. Oprócz tego wierzą w zaklęcia i przepowiednie, a psalmów i całych fragmentów Ewangelii uczą się na pamięć. Wierzą w naturalną dobroć ludzi, unikają używek, mięsa i nie udzielają się politycznie. Mołokanie zaś wyłonili się z duchoborców, więc i praktykowane przez nich zasady są niemalże identyczne. Swoją nazwę zawdzięczają używaniu mleka i nabiału w okresie Wielkiego Postu.
Był listopad, byliśmy na wysokości dwóch tysięcy metrów, byliśmy w tzw. gruzińskim Tybecie, najzimniejszym miejscu Kaukazu, w którym temperatura zimą spada nawet do -30 stopni. Nie było drzew – bo za wysoko, nie było ogrodów – bo już za zimno, nie było bydła – bo stało w śmiesznie niskich obórkach, w takich, by się zmieściło, z góry pokrytych ziemią i trawą, by było cieplej. Domy mieszkalne też niewiele lepsze, z surowego kamienia, którego tu wszędzie pełno, pobudowane byle jak, żeby tylko stały. Jakby u jakichś wiecznych nomadów, którzy tutaj przystanęli tylko na chwilę i zaraz wiosną ruszą dalej. Wszechobecna graciarnia, wszechobecne wielkie kupy siana przykryte kolorowymi plamami brezentu. Za to wszędzie były barany, bo im widać było wszystko jedno i gdzieniegdzie ludzie, bo nie można siedzieć przecież w domu, gdy na około tyle bajecznych gór, płaskowyży, jezior i strumieni.
Pomiędzy wsiami surowe piękno tego krajobrazu aż powalało. Gdyby nie te wsie, byłoby po prostu cudnie. Ale one były i uwierały jak kamień w bucie. No bo jak to możliwe, by w XXI wieku tak traktować ludzi? Wszędzie, i w Gruzji, i w Armenii, wciąż się słyszy o jedności tych dwóch bratnich narodów, które blisko 1700 lat mężnie opierały się najazdom wrogów, zawsze dążących do tego, by zniszczyć religię dwóch najstarszych chrześcijańskich krajów świata. Ale ja już zbyt długo jeżdżę po Kaukazie, by nie wiedzieć, że jest to sojusz tylko taktyczny, z konieczności wynikający, a tak naprawdę to oni niespecjalnie się kochają. A jeśli już, to tak jak Paweł z Gawłem. No bo kiedy tylko Ormianin opowiada kawał, to zawsze jest on o tępym Gruzinie. Jeśli Gruzin, to tym mniej rozgarniętym jest zawsze Ormianin. I każdy obowiązkowo twierdzi, że to jego kraj jest najlepszy, naród najmądrzejszy i najszlachetniejszy, a tamci to tylko zawsze małpowali i w ogóle tylko dzięki nam...
A teraz miałem na to niezaprzeczalny dowód. Granicę, na której Gruzinom zupełnie nie zależało, więc i droga koszmarna, i bieda w ormiańskich wioskach aż piszczy, choć one do gruzińskiego państwa przecież należą. Bo łatwiej z tej części gruzińskiego kraju dostać się do Erewania niż do Tbilisi. Wiedziałem też, że po ormiańskiej stronie stosunek do przygranicznych osad gruzińskich jest taki sam. Ach, te granice! Najlepszy dowód ludzkiej głupoty i braku poszanowania sąsiada. No bo po co one w ogóle są!? Czego strzegą, gdy kilometr od oficjalnego przejścia można spokojnie je przekroczyć. I to nie tylko tu, na całym świecie przecież jest tak samo. Nie chronią ludzi przed niczym (nikim?), za to skutecznie dzielą, oszukują, wprowadzają nienawiść, zawziętość i agresję. Bo przecież u NAS, zawsze jest lepiej niż u NICH. Jeszcze przecież wcale nie tak dawno sam stałem w kilometrowych kolejkach na nieodległą od mego domu Słowację. I nagle znieśli granicę. I co? I nic. Życie potoczyło się swoim rytmem i nikt nikogo nie zjadł. A gdy razem z Ukrainą w 2012 robiliśmy piłkarskie Euro, to też formalności uproszczono do minimum. I wszyscy mieli nadzieję, że już tak zostanie. Ale po miesiącu znów wróciło stare i męczy do dziś. Nienawidzę granic, terminali i podziałów, i nic na to nie poradzę.
Takie właśnie myśli zaprzątały moją głowę, gdy dziury wreszcie się skończyły i wjechaliśmy do dużej wsi Ninocminda (gruz. Święta Nino). Gdzieś z początkiem IV wieku, tuż po cudownym uratowaniu z rzezi 37 dziewic, młodziutka Nino dotarła właśnie tutaj, po raz pierwszy stawiając swą stopę na gruzińskiej ziemi. Kawałek zaś dalej, w roku 320, założyła pierwszą wspólnotę monastyczną w dziejach tego kraju. Wieś długo nazywała się Bogdanowka, ale w 1991, dla uczczenia pamięci o świętej, przemianowano ją na Ninocmindę. Charakterystyczny krzyż od tego momentu dumnie widnieje w herbie miasteczka. Szukam więc śladów Nino w tej Ninocmindzie, równie namiętnie co bezskutecznie. Miejscowość w zasadzie całkowicie ormiańska i żadnych śladów świętej nie znajduję. Szukam więc choćby cerkwi – może tam coś będą wiedzieć? Wreszcie jest, tyle że także ormiańska, dziewiętnastowieczna i o Nino nic niewiedząca. Trudno, w końcu, 28 kilometrow dalej, znajdują się dwa monastery pod wezwaniem naszej świętej.
Jedziemy więc nad jezioro Paravani do wioski Poka. To właśnie tutaj Nino zatrzymała się na dłużej, skupiając wokół siebie pierwsze gruzińskie, nieoficjalne jeszcze, mniszki. Droga wspaniała, asfalt jak szklanka, widoki nieziemskie, surowe góry przyprószone pierwszym śniegiem, dwa turkusowe jeziorka w promieniach ukazującego się czasem słońca. Wreszcie i Poka. Drogowskaz wskazuje drogę. Jedziemy więc przez samiuśkie centrum ormiańskiej oczywiście jak wszędzie tutaj osady, by na koniec stanąć przed płotem. Tyle, że monasteru nie ma. Wszędzie tylko te małe kamienne domki oraz kryte darnią obórki. Idziemy w kierunku największej stodoły. Jak się okaże… monasterskiej cerkwi sprzed tysiąca lat. Ale to widać dopiero z bliska. Wewnątrz surowość, asceza i wspaniałe mozaikowe ikony ikonostasu. Jest też kilka ikon napisanych specjalnie na Atosie. Stanowią największe świętości monasteru, wraz z cudotwórczym wizerunkiem równoapostolnej św. Nino oczywiście.
Założona w 1992 roku wspólnota, ku czci wstąpienia św. Nino na ziemię gruzińską, liczy tylko siedem zabieganych od rana do nocy sióstr. Pomimo tego znajdują czas na krótką rozmowę i wiodą nas do sklepiku. Znajdujemy w nim sławne na całą Gruzję ich monasterskie sery oraz herbaty, nalewki, czekolady i inne słodkości. Siostry same wszystko przygotowują i same sprzedają nielicznym pielgrzymom. Dostać się tu przecież naprawdę nie jest łatwo i wszędzie stąd jest naprawdę daleko. Monaster słynie także ze swojej emalierskiej pracowni ikonograficznej, gabinetu lekarskiego, szkoły dla miejscowych dzieci, wakacyjnych obozów dla gruzińskiej młodzieży, działalności oświatowej i poligraficznej. Jak mniszki znajdują czas na to wszystko i w jaki sposób wytrzymują to fizycznie, zaczynając pierwszą służbę już o drugiej w nocy, pozostanie ich tajemnicą. Na koniec tłumaczą, jak dojechać do męskiego monasteru na samym końcu Poki.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa, fot. autor

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token