Numer 12(390)    Grudzień 2017Numer 12(390)    Grudzień 2017
fot.Adam Bruczko
Świątynia, która z martwych powstała
Dorota Wysocka
W historii dolickiej cerkwi odbijają się powojenne losy prawosławnych w naszym kraju. Trafili tam w 1947 roku, na niezbyt urodzajne ziemie, przesiedleńcy z Akcji Wisła. Niezbyt urodzajne, bo Dolice (jej niemiecka nazwa Konstantinopel nie ma podobno nic wspólnego z bizantyńskim Konstantynopolem, a wywodzi się od imienia Konstantia) to typowa wieś fryderycjańska, założona w drugiej połowie XVIII wieku w ramach zainicjowanej przez króla Prus Fryderyka Wielkiego akcji kolonizacyjnej, jednym z celów której było zagospodarowanie nieużytków, gleb niskiej jakości, bagiennych czy zalesionych. Osadnicy dostawali jednakowe nadziały gruntów i zabudowania, zaprojektowane według jednego wzorca. Wzorzec ten jest tu już mało czytelny, bo po pożarze, który zniszczył wieś w 1920 roku, budynki wzniesiono z innych materiałów, w innym stylu i układzie.
Ewangelicka świątynia ocalała. Pierwotna, szachulcowa (pruski mur), pewnie by się nie oparła ogniowi, ale w 1896 wzniesiono nową, murowaną, neogotycką, na planie prostokąta, niezorientowaną, co oznacza, że ołtarz nie znajduje się, jak tego wymaga prawosławna tradycja, po stronie wschodniej (w tym przypadku po północnej). Wchodzi się do niej poprzez wieżę, na planie kwadratu, zwieńczoną strzelistym hełmem z iglicą.
Opuszczoną przez poprzednich właścicieli świątynię przekazano prawosławnym i na lata stała się ona głównym zwornikiem ich społeczności. Przybysze, głównie z Chełmszczyzny i południowego Podlasia, nieco też z Podkarpacia, mieszkali rozrzuceni po całej okolicy. Niedzielne Liturgie były okazją do spotkań, budowały poczucie wspólnoty.
Z czasem wiernych ubywało. Niektórzy powrócili w rodzinne strony, inni wyjechali w poszukiwaniu lepszych warunków życia, spora grupa za ocean. W Dolicach nie pozostała żadna prawosławna rodzina.
To nigdy nie była samodzielna parafia. Duchowni dojeżdżali ze Szczecina i Stargardu, aż władze cerkiewne uznały, że ich wysiłek nie ma już sensu. Nieliczni wierni mieli odtąd jeździć około trzydziestu kilometrów do Stargardu. Ostatnią Liturgię odsłużono w 1968 roku, po czym duchowny zdał w gminie klucze do cerkwi.
Budowli nikt nie przejął. Niszczała powoli, przez rozbite szyby i uszkodzony dach wlewała się woda, osuwały się cegły. W 1991 roku wpisano ją na listę zabytków, ale niczego to w jej położeniu nie zmieniło. Kiedy zaczęto domagać się gruntownego remontu, okazało się, że właścicielem i opiekunem świątyni wciąż pozostaje Cerkiew. Jej zwrot przed laty pozostał, w sensie prawnym, nieskuteczny.
Rozważano różne warianty rozwiązania problemu. Ostateczną decyzję podjął władyka Jeremiasz: – Odnawiamy. Żadna świątynia przez nas zburzona nie będzie.
Prace zaczęły się w 2011 roku. Trwały długo, bo ich zakres był niemały i koszty duże. Parafii prawosławnej w Stargardzie, wtedy jeszcze noszącym w nazwie drugi człon – Szczeciński, której filią są Dolice, nie byłoby na nie stać. Wsparcia udzieliło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wojewódzki konserwator zabytków w Szczecinie, urząd marszałkowski województwa zachodniopomorskiego, starostwo powiatowe w Stargardzie, urząd gminy w Dobrzanach, prywatni sponsorzy.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Dorota Wysocka
fot. Tadeusz Surma

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token